Notes

sobota, 15 maja 2010
Przynajmniej jeśli chodzi o obrazki to Google bywa głupi jak but.

Jakbym sobie zdjęć nie otagował, to on i tak wie swoje i rozpowszechnia głupoty. Razu pewnego popełniłem wpis 'pieski dwa' gdzie na fotkach uroczo pozują dwa owczarki węgierskie, jak potem wynikło z komentarzy przypominające mopy.

Przed momentem ze zdziwieniem zauważyłem, że jakiegoś Miłego Gościa (chyba z Bytomia zresztą ;) przygnało na mój blog z googla, do którego to googla wrzucił hasło "psy wyglądające jak mopy". No i dobrze, tak powinno być...

Tylko czemu w serwisie Images.Google.com te "moje mopy" podpisane są jako pochodzące z archiwum Agnieszki Osieckiej ????

dwa owczarki węgierskie, których zdjęcie omyłkowo zaklasyfikowane zostało przez Google'a jako pochodzące z archiwum Agnieszki Osieckiej ;)



21:45, robertlotse , Notes
Link Komentarze (6) »
środa, 05 maja 2010
Pogoda barowa. Za dzień, może dwa świetnie wpłynie na wybuchającą na każdym kroku purpurowość, żółtość i zieloność - których to barw z premedytacją nie ukazano na zdjęciu...


Brama z widokiem na Planty, Pijarska, Kraków 05.05.2010


Już po chwili w bramie pojawił się uzbrojony pan, który powiedział że brama jest prywatna i już.
19:18, robertlotse , Notes
Link Komentarze (10) »
czwartek, 15 kwietnia 2010
Cóż tu powiedzieć...
Jeszcze kurz nie opadł, jeszcze ciał nie pogrzebano, a już słychać pogardliwe warczenie i poszczekiwanie.

Janina Paradowska jest rzadkim przypadkiem dziennikarza, dzięki któremu w dość prosty sposób można zapoznać się z podstawowymi technikami manipulacji. Polecam szczególnie śledzenie jej działalności na antenie radia Tok FM - poranne lekcje są po prostu bezcenne.

Nie będę się tu teraz specjalnie wyzłośliwiał, ale proszę tylko posłuchać nagrania z dzisiejszego poranka. Cóż za przemiły ton komentarzy, a jaka retoryka! Słuchajcie młodziaki i uczcie się, a daleko zajedziecie.

Janina Paradowska z prawdziwą wirtuozerią pokazuje tutaj w jaki sposób używając dyskretnych rozróżnień Oni vs. My można przeinaczyć i zafałszować przebieg i kontekst zdarzeń. Wystarczy oto jedno drobne wtrącenie: już nam Ktoś mówi, że nie wolno Nam rozmawiać na temat wawelskiego pochówku - aby udało się pociągnąć ten wątek w odpowiednią stronę. Paradowska nie wyjaśnia oczywiście kim są Oni - w domyśle są to Czarni Moherowi Kaczyści, ale zielone ludki nie są tu wykluczone.

Chwyt Nam zabraniają sprawdza się znakomicie, bo mało kto lubi jak mu się czegoś zabrania - co sprawia, że podświadomie identyfikujemy się z bliżej nieokreśloną grupą Nam. A nawet jeśli identyfikacja Ja należę do prześladowanego Nam wypadnie negatywnie, to gdzieś z tyłu głowy czujemy współczucie dla jakiejś pani z radia, której ktoś ogranicza wolność wypowiedzi. Nasze neurony lustrzane już zadbają bezrefleksyjne o współczucie dla ofiary.

Oczywiście podczas porannej gonitwy mało kto zadaje sobie banalne pytanie: ale o co chodzi, kto zabrania o czymś mówić skoro gadają o tym przez 40 minut?

Nieśmiało tylko przypomnę sympatykom Wielkiej Bojowniczki o Wolność Słowa, że na polecenie Adama Michnika bez szemrania usunęła niewygodne i kompromitujące fragmenty dotyczące "afery Rywina" z gotowego już wywiadu z Leszkiem Millerem...

I to by było na tyle, bo nie chcę przypadkiem znaleźć się w tłumie gęgaczy.

A muzycznie fragmencik z nie takiej starej, ale lekko już zakurzonej płyty "Remembrances" Henryka Miśkiewicza. Wybrałem aranżację tematu "Polskie Drogi" niezapomnianego Kuryla. Przy fortepianie Andrzej Jagodziński.



wtorek, 21 lipca 2009
W ramach nadrabiania zaległości trafiłem m.in. na etiudę "Galerianki". Etiuda jak etiuda - wiele wymagać nie można.

Katarzyna Rosłaniec pokazuje światek galerii handlowych po których szwendają się nastoletnie panienki kupcząc swym młodym ciałem. Nihil novi, dwadzieścia lat temu jedną z moich ulubionych piosenek była ta, w której Róże Europy śpiewały o tym, że dziewczyna skłonna jest się czasem oddać za hokejówki lub amerykański opiekacz.







Oglądając "Galerianki" trochę mnie tylko zdziwiło to, że ktoś kto się opiekuje kręceniem takiej etiudy pozwala na to, aby wszystko było tak przeraźliwie banalne i łopatologiczne. Frustracja związana z posiadaniem starej komóry staje się główną przyczyną decyzji o pozbyciu się cnoty. No można i tak. Tyle, że w ten sposób przedstawiany świat stanie się już niedługo zupełnie płaski.

Zastanawiam się dlaczego na etapie wypuszczania z gniazda młodych reżyserów nikomu nie zależy na tym, żeby ich jednak nieco zbuntować. Moim zdaniem taki materiał może ukręcić ktoś, kto startuje do filmówki, a nie właśnie ją kończy. Jak na moje oko w "Galeriankach" brakuje jakiegokolwiek zastanowienia nad anatomią zjawiska. Jest tylko banalna recepta na frustrację: nie masz jakiegoś gadżetu, znajdź sponsora i po kłopocie - mówisz i masz.

Jeśli ludzie opuszczający filmówkę już teraz operują takimi kliszami, to strach się bać jak polskie filmy będą wyglądały za 10 lat.

Nie chce mi się akurat tutaj snuć teorii spiskowej na temat tego, że jeśli używając różnych mediów wystarczająco często będzie się pokazywać patologię, nie komentując tego w żaden sposób, to owa patologia w świadomości bezrefleksyjnych widzów staje się normą. Nie chce mi się dywagować, ile kamyczków można wrzucić do ogródka kolorowych pisemek i szmirowatej telewizji, dzięki której różowa lala z jednorożcem staje się osobowością.

Najbardziej żenujące jest dla mnie to, że 'opieką artystyczną' nad takimi etiudami sprawują ludzie chałturzący sitcomami - w tym przypadku Maciej Ślesicki.

Pozostając przy sponsorach i pieniądzach. W 'Dużym Formacie' z ubiegłego tygodnia wpadł mi w oko wywiad z Robertem Kawałko, fundraiserem. Artykuł "Poproś 12 razy" otwiera taki oto fragment:

- Wie pan, że Zygmunt Solorz-Żak dał w zeszłym roku klinice kardiologicznej w Monachium 100 mln euro jednorazowej darowizny?
- 100 milionów euro? Można za to zbudować stadion!
- Nie tylko pan jest zaskoczony. W zeszłym roku dostałem maila od szefowej Europejskiego Stowarzyszenia Fundraisingu o treści: "O co chodzi?". Okazało się, że jeden polski kardiochirurg przeprowadził się do Monachium, a jego pacjenci przekonali Zygmunta Solorza-Żaka, żeby wsparł szpital taką darowizną, by stworzyć mu najlepsze warunki do pracy. Pieniądze poszły za lekarzem. To chyba największa darowizna w historii Polski.


Nie boli mnie co Solorz-Żak robi ze swoimi prywatnymi pieniędzmi. Nie boli mnie, że polski kardiochirurg przeprowadza się do Monachium, bo tam mu się będzie lepiej żyło.

Wstrząsające jest natomiast to, że to urzędniczo-nomenklaturowe państwo jest tak bierne i nieudolne. Przez najbliższe dni wałkowany będzie temat pokracznych blaszaków w centrum Warszawy i jakiegoś trzeciorzędnego, urlopowanego ministra. O tym, że z Polski ucieka ogromny kapitał ludzki i finansowy dowiedzieć się można niejako przez przypadek.
15:30, robertlotse , Notes
Link Komentarze (20) »
Zakładki:
Bywam
Poczytuję
Podglądam
Samoróbki
Słucham
Varia




eXTReMe Tracker


statystyka