Kategorie: Wszystkie | Dźwiękowo | Filmowo | Książkowo | Myślotok | Notes | Politycznie | Varia
RSS

Książkowo

niedziela, 13 czerwca 2010
Zacznę może od tego, że przez ostatnie dwa tygodnie miałem okazję zapylać z taczkami na budowie. Ot, taka tam drobna samopomoc sąsiedzka na scenie której głównymi elementami scenografii są pustaki, betoniara, taczki, flaszki i puszki.

A poza tym podobno takie popychanie taczek doskonale wpływa na potencję - można się dzięki temu nieźle rozknurzyć jak to wdzięcznie określiła Żona Głównego Inwestora obserwując jak popychamy te taczki...

Żeby zachować jakieś rozsądne proporcje pomiędzy wysiłkiem fizycznym, a umysłowym wziąłem na plac budowy prasę kobiecą i kilka książek. Wśród tych ostatnich znalazła się ostatnio wydana w Polsce powieść Daniela Silvy "Reguły Moskwy".



Nie znacie jego wcześniejszych powieści? Nie jest to Wasz kolejny błąd życiowy. Daniel Silva to autor jakich wielu, po prostu jeden z grona pisarzy których powieści pączkują w księgarniach na półkach z etykietą 'sensacja'.

Bohaterem większości powieści Silvy jest Gabriel Allon - konserwator zabytków, miłośnik Belliniego, Tycjana i Caravaggia. Ale w zasadzie to tylko taka przykrywka, bo zawodowo Gabriel Allon zajmuje się zabijaniem ludzi. Ludzi złych, a wrogów państwa Izrael w szczególności.

Początkiem "kariery" Allona był udział w akcji odwetowej na zamachowcach organizacji Czarny Wrzesień odpowiedzialnych za masakrę podczas igrzysk olimpijskich w Monachium w 1972 roku. To oczywiście taka powieściowa licentia poetica autora, który stara się nadać zdarzeniom dużą dozę realizmu.

Tak jest też w przypadku "Reguły Moskwy" - spora część napisanej w 2008 roku powieści rozgrywa się w Rosji. Jest więc bogaty oligarcha prowadzący swoje interesy pod łaskawym okiem zbirów na Kremlu, są skrytobójcze zamachy na dziennikarzy stojących w opozycji do władców Kremla. Miejscem powieściowej akcji są też oczywiście ekskluzywne kurorty na francuskiej riwierze gdzie hucznie bawią się nowi Ruscy. Jak by tego wszystkiego było mało są jeszcze tarcia i rozgrywki między Mossadem, MI5 i CIA.

Teraz już chyba macie jako takie pojęcie na temat tego co może dziać się w takiej powieści, skoro superagent Gabriel Allon to po prostu jedna z kolejnych inkarnacji mitu Jamesa Bonda.

Główna różnica tkwi w tym, że Allon poświęca się często malowaniu, a nie drogim trunkom i zabójczym gadżetom. W tym przypadku bierze na warsztat obraz Marry Cassatt, amerykańskiej impresjonistki z przełomu XIX i XX wieku. Jeden jej obrazów odgrywa w powieści rolę przynęty na jaką tajne służby chcą "złapać" żonę rosyjskiego handlarza bronią. Pierwowzorem tej przynęty jest autentyczne dzieło Mary Cassatt:

Dzieci bawiące się na plaży (1884)




Czy to się uda i co z tego wyniknie - to już przeczytajcie sobie sami. Powieść Silvy napisana jest gładko i sprawnie, nie ma tu piętrowych intryg - ot, klasyka gatunku. Jest kilka drobnych niedociągnięć - brak w tej powieści jakiegoś szczególnego napięcia, nie odczułem nigdzie tego dreszczu, który kazałby mi szybko przerzucić stronę pytając i co?, i co??. Jak na powieść z półki "sensacja" jest to nawet spory minus.

Z tonu tej recenzyjki możecie już chyba wyczuć, że jeśli chcecie zachować równowagę między wysiłkiem intelektualnym, a pchaniem taczek w trzydziestostopniowym upale to powieść "Reguły Moskwy" nie będzie złym wyborem. Nie można się w tej powieści zaczytać bez pamięci, dzięki czemu w lekkością można się znów rzucić do taczek i wzorowo rozknurzyć w promieniach wiosennego słonka ;)
czwartek, 20 maja 2010
Już pisząc o salonowej hecy związanej z paleniem zniczy 9 maja miałem wpleść wątek książki "Opowieść o końcu śwuiata" ale doszedłem do wniosku, że jednak nie warto bo zbyt wiele fajnych rzeczy umknie i przepadnie.

Z kolei długie gapienie się na zjawiskowe pinie odmalowane przez Trusza spowodowało pewne zagapienie, więc pora nadrobić zaległości.

Mam w rękach książkę, której pełny tytuł brzmi "Franciszka Starowieyskiego opowieść o końcu świata - pisała Krystyna Uniechowska", wydaną w 1994 roku.



Cudowna to opowiastka - nostalgiczna, melancholijna i niestety zasmucająca. Starowieyski opowiada tu świecie swojego dzieciństwa i dorastania, który na jego oczach został bezpowrotnie zniszczony.

Używając pięknego, zabytkowego języka artysta opisuje nastroje odchodzących bezpowrotnie czasów. Tych czasów kiedy dom przed zimą należało ogacić, a najlepiej do ogacania nadawały się liście dębowe. W tym celu wokół całego dworu wbijano na wysokość metra liczne paliki, a przestrzeń miedzy nimi a ścianą upychano liśćmi tworząc 'liściastą kołdrę'.

Niestety, jak to w życiu bywa - często od przypadkowo zaprószonego ognia wybuchał pożar. I ta paliły się całe dwory razem z rodowymi pamiątkami i całą swoją historią. Radziło się, gaciło się, spaliło się - podsumowuje Starowieyski.

Swoje dorastanie w rodzinnym dworze w Siedliskach postrzega jako życie w starannie poukładanym i posegregowanym świecie, gdzie nad całym porządkiem pieczę sprawował majordomus, a wypielęgnowany klomb przed dworem był rzeczą niemal świętą.

To właśnie w tym świecie, a ściślej w jakiejś komórce pod schodami panicz Franciszek po raz pierwszy zetknął się ze sztuką. Odkrył pierwsze swoje zafascynowanie twórczością Felicjana Ropsa, belgijskiego malarza, grafika, obrazoburcy i pornografa.

Félicien Rops - Pornokrates (1878)




Wyobrażacie sobie chyba, cóż to musiało być za wydarzenie w życiu panicza, gdy w jego ręce wpadł album z rysunkami Ropsa ;) I to album unikatowy, wydany najdroższą i najdoskonalszą techniką drukarską jaką jest heliograwiura.

Félicien Rops - Le Mannequin




Oczywiście są też w tej książce inne barwne wątki, jak ten dotyczący zainteresowań techniczno-saperskich dorastającego Franka. Jedną z jego najcenniejszych "zdobyczy wojennych" był bowiem przewodnik po minach, nabojach i pociskach używanych przez różne armie. Możecie się tylko domyślać, że w rękach uzdolnionego manualnie nastolatka taka książka to wspaniały podręcznik sapera-eksperymentatora ;)

I tak toczy się ta opowieść w której sielski krajobraz jak z pejzaży Trusza, zostaje przeorany przez wojskowe tabory i zmieniające się linie frontu. Przeorana zostaje także ludzka psychika. Cudowne przedmioty ocalone przed żołdacką grabieżą zostają często sprzedane przez biedniejących z dnia na dzień arystokratów.

Starowieyski wspomina jeden z symbolicznych momentów, gdy na wypielęgnowany i święty klomb przed rodzinnym dworem wjeżdża tabor sowieckiej armii prącej na zachód za Niemcem. Rodzinna świętość zostaje dosłownie zdeptana buciorami politruków, którzy przywożą ze sobą "nowy porządek" - ten cały cholerny bolszewizm.

Kończę, bo nie chcę nikomu odbierać przyjemności czytania, o ile w antykwariacie czy bibliotece uda Wam się znaleźć tą skromną książeczkę - gorąco polecam!

+ Wirtualne muzeum MuseeRops.be Felicjana Ropsa
+ Zbiór grafik z tagiem "Rops" w zbiorach Wikimedii
piątek, 31 lipca 2009
Założenie poniższego wpisu jest takie, że osobą podpisaną pod komentarzem do mojej poprzedniej notki jest Pan Piotr Zaremba - Autor powieści "Romans licealny"


Motto: Tylko boks zbliża ludzi (to za Świetlickim)


Zacznę może od końca, to znaczy od A książka sprzedaje się dobrze.

Ciężko mi to uznać za jakikolwiek argument, niezdrowe jedzenie też się dobrze sprzedaje. Najlepiej jak uznam, że jest to zwykłe zdanie oznajmujące przy wygłaszaniu którego słychać takie lekkie tupnięcie nóżką obutą w papuć ;)

Kolejna kwestia czyli nie przyszło panu do głowy, że autor nie do samego końca ma pełną kontrolę nad własnym dziełem.

Cóż mogę na to rzec... jeśli w czasie korekty i redakcji tekstu jakieś krasnoludki poprawiają na gorsze, to mogę wyrazić tylko zdziwienie. Może to jest kiepskie wydawnictwo? Przeczy jednak temu moje poprzednie książkowe doświadczenie, bo "Doczekaj nowiu" Wojciechowskiego wydane po sąsiedzku w tej samej serii czytało mi się świetnie.

Niestety mam wrażenie, że przyczyna jest prozaiczna - wielkimi krokami zbliżała się okrągła rocznica Czerwca '89, a wydawnictwo ustaliło ostateczny deadline.

Teraz taka moja bardziej ogólna refleksja dotycząca książek. Problem z literaturą polega na tym, że nie jest to medium typu instant. Z filmem sprawa jest prosta - godzina, dwie spędzone w zaciemnionej sali albo we własnym fotelu i finito. Muzyka czy malarstwo to są minuty, a nawet sekundy. Puszczamy sobie "Time" Floyd'ów i po minucie wiemy, że to jest to. Jedno spojrzenie na ścianę w galerii wystarczy, aby wiedzieć w jaki sposób przeżywamy to co tam widzimy.

Pisarz dostaje u czytelnika nieporównywalnie większy kredyt niż reżyser, muzyk czy malarz. Ten kredyt to kilkadziesiąt godzin życia, które musimy poświęcić na przebicie się przez książkę oraz nasze oczekiwanie na emocje. Oczekujemy przy tym, że na jakiejś płaszczyźnie coś zatrybi. Owo trybienie może dotyczyć fabuły, języka czy identyfikacji z emocjonalnością lub poglądami jakiejś postaci.

Czytając oczekuję po prostu próby uwiedzenia. W moim przypadku może to być nawet próba brutalna jak ta Palahniuka w "Opętanych", choć zdecydowanie częściej daję się uwodzić na spokojnie Andermanowi czy Irvingowi.

Jest taki film w którym jego bohater wyraża jednym zdaniem wszystko to, co ja tutaj nieskładnie próbuję opisać. To zdanie pada na końcu poniższego fragmentu.



Shadowlands - we read to know we're not alone from http://scott-riffs.vox.com/


No właśnie. Czytamy, żeby poczuć, że nie jesteśmy sami. Te słowa padające w filmie 'Cienista dolina' to jest po prostu strzał snajpera odpowiadający na pytanie, co takiego zachodzi w procesie przyswajania sobie książki.

Może zresztą trochę wyolbrzymiam i idealizuję to 'przyswajanie' literatury. Bardzo często sprawa jest zwyczajna i banalna, bo jako czytelnik oczekuję, żeby Autor popieścił mnie piórem i językiem przez kilka godzin, za te moje trzydzieści złotych. I chcę żeby to zrobił po prostu dobrze. To był taki żarcik dla rozładowania atmosfery ;)


Po tej dygresji na temat mojego osobistego przyswajania literatury wracam do Pana wpisu. Będę miał z tym pewną trudność, bo nie mam pomysłu jak zbić "argument" zawarty w tym oto zdaniu:

A Paweł Dunin Wąsowicz, facet który kiedyś wylansował Masłowską, zrobił ze mną w "Lampie i iskrze bożej" cały wywiad ekscytując się właśnie poszczególnymi postaciami. Ma gorsze wyczucie literatury niż wy?

No i bądź tu chłopie mądry i odbij zdanie zaczynające się wysokim "A" oraz kończące tupnięciem papucia. Spróbuję tak: Paweł Dunin Wąsowicz to nie Marcel Reich-Ranicki. A nawet gdyby Dunin Wąsowicz był początkującym papieżem polskiej literatury, to na czym polegać ma związek między lansowaniem Masłowskiej, a jego ekscytacją poszczególnymi postaciami w "Romansie licealnym"? Czy fakt, że Dunin Wąsowicz siedem lat temu wylansował jedną Masłowską sprawia, że jest on jakimś nieomylnym guru? Swoją drogą gdyby Dunin Wąsowicz rzeczywiście miał takie znakomite wyczucie literatury, to Masłowska powinna mieć już ze dwie siostry.
A my delektowalibyśmy się jego kolejnymi odkryciami wydając achy i ochy ;)

Proszę zrozumieć, że mnie nie imponują cudze zachwyty, ochy i achy, ja nie jestem reproduktorem cudzych poglądów. A już zachwyty pisane po koleżeńsku przez Mazurka czy Zdorta dziwnie mi się kojarzą z udawanymi orgazmami. I nie jest mi przykro, że nie mam kolekcji gazetowych rubryk "co czytać?", żeby potem błysnąć u cioci na imieninach replikując cudze opinie. Stać mnie na własne, a w przeciwieństwie do lansujących i lansowanych książkę postrzegam jako źródło doznań, a nie źródło dochodu. A od powieści lansowanych wolę te dobrze napisane.

Trudno też przyjąć "argument" wykorzystujący blog pani Darskiej i pana Kamila, ludzi urodzonych już w latach 80-tych. Nie dlatego, że nie szanuję ich opinii. W tym przypadku chodzi bowiem o to, że oni przyjęli Pana powieść na wiarę i odczytali tak było. Wiek uniemożliwia im sfalsyfikowanie czegokolwiek co "Romansie" rozciąga się na płaszczyźnie sentymentalnej.

Sam dostrzegam, że być może zbytnio przyczepiłem się do faktografii "Romansu". Cóż, to Pan sam bardzo dokładnie osadził akcję powieści i rozpisał kalendarz wydarzeń. Ja tylko ten kalendarz weryfikuję ze swoim osobistym doświadczeniem odpowiadając na zarzut jedno czego nie lubię to nierzetelne informacje.

Tamte zdarzenia dość dokładnie zapisały się w mojej pamięci, bo 26 kwietnia 1986 coś grzmotnęło w Czarnobylu. I znakomicie pamiętam to, że 1 maja nie było mnie na żadnym pochodzie. Z bardzo prostego powodu - nikt mi nie kazał tam iść.

Cud pierestrojki jaka zachodziła wkoło polegał m.in. na tym, że na naszych oczach rozgrywały się rzeczy jeszcze przed rokiem niewyobrażalne. W opisywanym przez Pana maju '88 po Placu Czerwonym, sercu niedawnego Imperium Zła spacerował Ronald Reagan - 6 zdjęcie od dołu.

Choć stoi to w sprzeczności z moim osobistym doświadczeniem, to jestem w stanie uznać, że jeszcze w 1987 roku były szkoły którymi rządziły sieroty z PRON'u i partyjni nadgorliwcy.

Według mnie marność tej powieści tkwi w niewykorzystaniu potencjału jaki niesie ze sobą temat. To był czas w którym otaczał nas świat w wersji turbo. W koszu z gazetami leżał jeszcze "Tygodnik powszechny" z cenzorskimi ingerencjami, a już swą premierę miała "Ucieczka z kina 'Wolność'".

Jako uczniowie ogólniaka mieliśmy jeszcze w pamięci świat w którym rok w rok powtarzaliśmy to samo od nowa przy okazji 1 maja, ale na naszych oczach właśnie rozpoczęła się samoodnowa.


Mnie ta powieść razi swoją rozwlekłością i brakiem dynamiki, brak w niej życia. Jeśli to ma być jakiś portret pokolenia to wypadałoby pokazać nie tylko to jak bohaterowie migają się do pochodów. Bo na zadymki 3 maja i 11 listopada licealiści też chadzali.

Daty, fakty i cały entourage to tylko szczegóły. Według mnie "Romans licealny" jest mizerny pod względem literackim. Nie powiedziałbym o tej powieści złego słowa, gdyby udało się Panu opowiedzieć ciekawą historię, która byłaby tylko luźno osadzona gdzieś w okołostołych realiach.

Są filmy które źle się ogląda, są płyty których źle się słucha i są książki które źle się czyta. Dla mnie "Romans" należy właśnie do tej kategorii - tę książkę źle się czyta. W "Romansie" postacie mnożą się, ale jakoś ni chu chu idei.

Ta powieść jest dla mnie nieporadna pod względem narracji. Brak jej spójności, plastyczności, szlifu. Kiedy w połowie powieści główni bohaterowie co kilka stron po raz kolejny wymieniani są z imienia i nazwiska to jest to nienaturalne. Przedzierając się przez taki tekst czuję się trochę jak idiota, któremu ktoś opowiada kolejny odcinek "Klasy na obcasach".

W tej gęstej, serialowej narracji rzeczy ważne i ciekawe giną w gąszczu błahostek i gadulstwa, interesujące akcenty są źle porozkładane. Gdzieś w połowie lektury staje się to po prostu mocno irytujące.

Ta powieść niczym mnie nie uwiodła, przeżyłem tylko przelotny szarpany flirt, po którym pozostanie mi kiepskie wspomnienie. Cóż, może w przeciwieństwie do Pana kolegów wypisujących peany na drugich stronach swoich gazet ja wymagam nie tyle więcej, co inaczej.

Aby jakoś mile zakończyć zamieszczam piosenkę z dedykacją ;)



niedziela, 26 lipca 2009
Zacznę tak: lubię Piotra Zarembę i uważam za jednego z lepszych publicystów i komentatorów ostatnich kilkunastu lat. I to koniec miłych słów. Przynajmniej na dziś.

Niestety o powieści Zaremby "Romans licealny" mogę się wyrażać niemal wyłącznie używając słów na 'k'. Kicha, kaszana, klops. Klapa i katastrofa. To horror, dramat i tragedia. Jak spot Prusakolepu.



Ta książka jest tak fatalna, że aż brak mi słów. Zmagałem się z każdą z prawie pięciuset stron, bo wszystko jest w tej powieści 'nie tak'. Narracja, faktografia, postacie, klimat, język. Wszystkie te elementy są beznadziejne i składają się na beznadziejną całość.

Pastwię się nad tą powieścią z prostego powodu - zdawałem maturę w 1989 roku. I do dziś mam w pamięci dużą część tego co przeżyłem w liceum. Pamiętam tamte rozmowy, obejrzane filmy, język, klimat i nastroje jakimi żyłem.

Akcja powieści rozgrywa się między październikiem 1987 a lipcem 1991. Cztery lata które wstrząsnęły Europą, choć już rok wcześniej wstrząsnął nią Czarnobyl. Świat uczył się wymowy nazwiska Gorbaczow i znaczenia dwóch nowych słów: głasnost i pieriestrojka. Gdy 28 maja 1987 młody Niemiec, Mathiast Rust wdziera się swoją Cessną w przestrzeń powietrzną ZSRR i ląduje na Placu Czerwonym w Moskwie, świat przekonuje się, że trudne słowo Glasnost nie jest frazesem. A my dowiadujemy się, że 'Raid over Moscow' to tylko taka gierka na Atari, Commodore i ZX Spectrum.



Pozostaje nam jedynie satysfakcja z tego, że na lekcjach przysposobienia obronnego możemy starannie obandażować co fajniejsze koleżanki, oddać z kbks'u trzy strzały do tarczy i dzwonić z telefonu polowego. Bandażujemy, strzelamy i dzwonimy śpiewająco. W telefonicznych meldunkach królują wariacje na temat Ela, czemu się nie wcielasz i List z poligonu. Dla nas jesienią '87 Sztuka jest skarpetką kulawego. I nikomu nie wolno się z tego śmiać.

Wiosna i lato 1988 są gorące. Stocznia Gdańska, Nowa Huta, Stalowa Wola, Port Północny - gaz, gaz, gaz na ulicach. Z samego topu trójkowej listy Robert Smith krzyczy swoje Fight! Fight! Fight!. Wszyscy wiemy dlaczego właśnie to jest jeden przebojów tamtych wakacji.



Jesień '88 jest już spokojniejsza. Zamiast tłuc się z zomowcami pod ruskim konsulatem, spieramy się ze sobą o to dlaczego Krótki film o miłości jest lepszy od tego o zabijaniu.



6 stycznia 1989 w stołówce KC PZPR odbywa się spotkanie Leszka Millera i Sławomira Wiatra z przypartyjnymi 'młodzieżówkami' oraz kilkunastoosobową grupą działaczy Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Wśród nich jest Piotr Skwieciński i Marcin Meller. Obszerne fragmenty pokazuje TVP jako propagandową przygrywkę do Okrągłego Stołu.

Od tygodnia obowiązuje 'ustawa Wilczka'. Gdy tylko zrobi się cieplej to niejako na mocy właśnie tej ustawy przy ulicach, skwerach i bazarkach zakwitną łóżka polowe i szczęki. Z każdego wolnego kawałka muru śmieszą i straszą szyldy, bo billboardów jeszcze nie ma. 'Ciuchimpex' walczy ze 'Szmatexem', a w garażu ma swą siedzibę 'Zbych Trading International'.

Na lekcjach historii już możemy usłyszeć o Lwowskich Orlętach i siedemnastym września 1939. Jako wypracowanie z polskiego mamy napisać recenzję filmu "Dreszcze". Zamiast rozmawiać o generałach wolimi słuchać o półkownikach.

W lipcu 1989 Tomek Lipiński śpiewa swoje prorocze jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Najbardziej znanym polskim finansistą staje się Lech Grobelny. W rytmie Lambady enerdowcy wieją swoimi trabantami od Honeckera do Mazowieckiego, a "Trybuna Ludu" informuje o proteście NRD przeciwko ingerencji w jej sprawy.

Jesień '89 to upadek symboli. 9 listopada upada mur w Berlinie, a tydzień później pomnik krwawego Feliksa w Warszawie. Bono i U2 przybywają do Berlina gdzie w studiu z widokiem na zwalony mur zaczyna powstawać materiał na "Achtung Baby". Za dwa lata, 19 listopada 1991 świat usłyszy ten album, a enerdowskie trabanty będą jednym z symboli trasy Zoo TV. Płyta rozpoczyna się od "ZOO Station" - to ten sam 'Dworzec Zoo' o jakim tak niedawno czytaliśmy pod ławką w książce Christiane F.



Gwiazdkę '89 w świątecznym programie TVP wypełniają zdjęcia z obalenia rumuńskiego satrapy, a w połowie stycznia '90 z krakowskiego Kopca Kościuszki zaczyna nadawać RMF. Warszawska Zetka potrzebuje jeszcze symbolicznych dziewięciu miesięcy, żeby się urodzić.

Ostatnie dni stycznia 1990 przynoszą koniec PZPR - z Sali Kongresowej oblężonego Pałacu Kultury i Nauki Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji wyprowadzają partyjny sztandar.

Ostatni zjazd PZPR 29.01.1990


A my gdzieś podskórnie czujemy, że jesteśmy jacyś inni. Inni niż nasi rodzice, nawet inni niż odrobinę starsze rodzeństwo. Za kilkanaście lat ktoś nas nazwie generacją wielkiej zmiany, a ktoś inny nakręci film 'Pokolenie 89'.




Dlaczego powieść "Romans licealny" Piotra Zaremby jest książką wręcz fatalną?

Bo od pierwszej do ostatniej strony czuje się, że powstała na kolanie. Nie chodzi nawet o to, że nie ma w niej tych zdarzeń jakie opisałem powyżej. Ta książka po prostu nie niesie żadnych emocji. Zaremba jakby się uparł, aby jego bohaterowie ględzili o niczym. Owszem, padają gdzieś słowa o Okrągłym Stole, Tymińskim, strajkach. Ale bohaterowie tej powieści żyją jakimś wewnętrznym, szkolnym rytmem. Jakby zostali uwięzieni w szkolnym akwarium i stamtąd spoglądali na świat.

Piotr Zaremba - Romans licealny


W swojej debiutanckiej powieści Zaremba poległ nie tylko jako prozaik, ale także historyk i obserwator życia. Warszawskich licealistów zabrakło zarówno pod Pałacem Kultury gdy rozwiązywano PZPR, jak i przy bazarowych szczękach gdy pomagają rodzicom. Nie jadą też do Berlina Zachodniego gdzie stoi Polak co drugi chodnik. Bohaterowie Zaremby nie tylko nie są 'pokoleniem MTV' - oni nawet nie oglądają trzecich i czwartych kopii filmów Chuckiem Norris'em na VHS'ach.

Autor chyba sam nie wiedział czy bardziej skupić się na uczniach czy ich nauczycielach. Postanowił opisać jednych i drugich, postacie mnożą się w nieskończoność, a czytelnik zwyczajnie się gubi. Gorsze jest to, że niemal każda z tych postaci jest bezbarwna. Warszawscy licealiści zostali przedstawieni jako ludzie bez pasji, bez większych zainteresowań. Ba, nie mają nawet żadnych konfliktów z rodzicami. Po prostu żyją sobie i dorastają bez żadnego szerszego kontekstu.

Na dodatek powieść napisana jest po prostu niechlujnie. Narracja jest chaotyczna i poszarpana. Luźno połączone fragmenty nie stanowią wciągającej całości. Autor pogubił się nawet w sferze pojęciowej nazywając rozruchy i zadymy z ZOMO... manifami. O bałaganie narracyjnym może świadczyć kompromitująca wręcz errata dołączona do części nakładu z której wynika, że chyba samemu autorowi momentami mylili się bohaterowie. Nie ma tu też za grosz polotu, finezji czy zwykłego poczucia humoru. Tytułowego romansu też w zasadzie nie ma.

Jest dla mnie zagadką, dlaczego błyskotliwy publicysta i komentator postanowił mnie zamęczyć i zanudzić. Na koniec mogę więc napisać tylko jedno: niestety stanowczo odradzam.


środa, 15 lipca 2009
Na początek ilustracja muzyczna do recenzyjki, a co :) Let the music play!


Ta powieść wpadła mi do rąk przypadkiem, ot po prostu stała na półce w bibliotece obok czegoś czego szukałem. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby ją wziąć do ręki, bo raczej staram się unikać gatunku political fiction made in Poland. "Noblista" Marcina Wolskiego i "Lider" Łysiaka to powieści, dzięki którym zmarnowałem trochę czasu, próbując uchwycić o co autorom właściwie chodzi. Wolski i Łysiak zanudzili mnie niemal na śmierć. Uff...

"Doczekaj nowiu" Wojciechowskiego to powieść rzadko spotykana, bo jej oniryczność pasuje do political fiction jak krawat do pływackiego czepka. Ale tylko z pozoru ;)

Piotr Wojciechowski - Doczekaj nowiu


Kobieta na usługach służb specjalnych to temat z długą tradycją, dość przypomnieć Nikitę Besson'a lub sięgnąć do bardziej realnej historii Anny Jaruckiej ;)

Bo choć akcja powieści rozgrywa się przynajmniej na trzech płaszczyznach, to właśnie wątek Ludki Sobieskiej aka Ludmiły Godunowej jest wątkiem wiodącym. Historia Ludki jest w sumie banalna. Oto bowiem młoda dziewczyna wikła się w romans z sektą, ten zaś staje się początkiem romansu ze "służbami".

Jako trzeci do pary dochodzi jeszcze romans damsko-męski. Romans to jednak niepospolity, bo pierwiastkiem męskim jest pretendent do tronu Rosji. Tak, tak - nasza dzielna Ludmiłka romansuje z księciem Dymitrem Romanowem, potencjalnym Carem...

Że to niby już przesada? No pewnie, że przesada ;) Ale tutaj właśnie ujawnia się najmocniejsza strona "Doczekaj nowiu". Wojciechowski opisał to wszystko w taki sposób, że irracjonalność i nierealność schodzi na drugi plan.

Na pierwszym planie mamy kolaż roztańczonych emocji młodej dziewczyny. Ludka Sobieska wyrwana, a ściślej mówiąc wykupiona przez "służby" z aśramu, ląduje na specjalistycznym szkoleniu. Ale autor nie babrze się w opisywaniu detali, skupia się na doznaniach osoby, która próbuje rozeznać co jest prowokacją i manipulacją, kto przyjaciel, a kto wróg. Na podstawie narracji Ludki możemy wnioskować, na czym polega czołganie i zakładanie krótkiej smyczy na jakiej później chodzi osoba zwerbowana przez "służby".

Są w tej powieści oczywiście i inne wątki, całkiem bogate i równie dobrze opisane, chodzi wszak o restaurację Imperium ;) Jest jeszcze cień starej choć młodzieńczej miłości Ludmiły i pewnego kadeta. Akcja powieści stąpa niespiesznie i rozkręca się miarowo, bo język jakiego używa Wojciechowski jest z gatunku tych smacznych. Intuicyjnie jednak czujemy, że cała ta bajka musi mieć jakieś bajkowe zakończenie. No i ma. I to niejedno ;)

Tu muszę przyznać, że miałem głupią minę czytając ostatnie strony powieści, bo trochę się tym niejednym zakończeniem wykpił ten nasz Opowiadacz. Nie powiem, żebym czuł się rozczarowany - co to, to nie. Spodziewałem się jakiegoś 'szast prast' i dostałem. Tyle, że to 'szast prast' jest lekko zamglone i zaśnieżone oniryczną, arktyczną zawieruchą. I jakby rozdzielone na dwa głosy. Są w końcówce momenty, gdy nie do końca wiemy czy to jeszcze świadoma narracja bohaterki czy może już jakiś sen. No ale dobre i to ;)

Książkę polecam, choćby dlatego, że z takim językiem nieczęsto się można spotkać w powieściach ostatnio u nas wydawanych. Jest w tej książce pewna melancholia i nostalgia, dzięki czemu political fiction ląduje na odległym planie. I bardzo dobrze.

Jeszcze tylko Yello na pa pa i już mnie tu nie ma ;))


15:23, robertlotse , Książkowo
Link Komentarze (8) »
środa, 01 lipca 2009
Mocna książka. Mocna jeśli chodzi o wrażenie jakie pozostawia.

Claudel umieszcza akcję powieści "gdzieś" - w jakiejś fikcyjnej krainie, choć niemal od razu liczne odniesienia stają się aż nazbyt jasne; już wiemy mniej więcej "gdzie" i "kiedy" jesteśmy. Z początku czytałem "Raport Brodecka" niczym weird fiction Howard P. Lovecraft'a - ten sam ponury nastrój, jakaś tajemnica skrywana przez mieszkańców wioski, groza otaczających wzgórz i lasów...


Philippe Claudel - Raport Brodecka [Czytelnik 2009]


Brodeck jako narrator snuje swą opowieść, ujawnia emocje, opisuje miejsca, zdarzenia. Dzięki niemu wnikamy coraz głębiej w anatomię zachodzących zdarzeń. Strona po stronie, Brodeck opisuje różne przykłady mniejszego i większego bestialstwa. Jakby dla kontrastu dostajemy opisy wzruszeń jakich Brodeck zaznaje obserwując gaworzącą Kruszynkę czy otaczającą Naturę. Dość oszczędnie przedstawia nam postać Anderera - tego Obcego, którego przybycie stało się przyczyną tragicznych zdarzeń.

Rozdział za rozdziałem Brodeck zaczyna coraz bardziej rozdrapywać sumienie, zadawać pytania i podsuwać tropy. Głupota to choroba, która idzie w parze ze strachem. Wzajemnie się podtrzymują, doprowadzając do gangreny, która tylko czeka by się rozprzestrzenić konkluduje narrator. W finale jeden z bohaterów wydarzeń tłumaczy mu tylko dość dobitnie ponurą prawdę: ludziom potrzebna jest niepamięć.

Nie ma w "Raporcie Brodecka" jakichś odkrywczych wątków. Schemat obcy w miasteczku został już przerobiony na wiele sposobów. Z westernami i science-fiction włącznie :) I już w wielu przypadkach widz lub czytelnik mógł się przekonać, że wolimy czasem zobaczyć Diabła w Obcym, niż Zło w samych sobie. Wiele też razy pojawiało się gdzieś w tle pytanie o to czy Zło jest pochodną Strachu czy Strach jest pochodną Zła?.

Claudel nie daje odpowiedzi na żadne z tych pytań. Jego bohater jedynie raportuje o tym jak jego przyjaciele i sąsiedzi stają się bezmyślną tłuszczą. Z jednej strony czuje się winny, ale już na wstępie odwraca głowę. Nazywam się Brodeck i nie mam z tym nic wspólnego - takimi słowami zaczyna się ta opowieść.

"Raport Brodecka" to dobra powieść, choć dolewa kilka kropli dziegciu i z pewnością zepsuje trochę humor tym, którzy starają się myśleć pozytywnie i uciekają od powiedzenia homo homini lupus est ;)


Co by tu teraz zrobić, żeby trochę posłodzić ten wpis...?
Za torebeczkę cukru niech może posłużą lounge'owi The Gentle People

18:44, robertlotse , Książkowo
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 czerwca 2009
Recenzja na osiem liter? Proszę bardzo: to jest to ;)
"Rozświetlone akwaria" Sophie Bassignac taka powieść na jedną tylko noc. Może nawet powiastka - ledwie 200 stron. Ale jakie!

Fabuła, forma i objętość skomponowana w optymalnych proporcjach, a po lekturze nie czuje się ani zmęczenia, ani znudzenia. Dominującym odczuciem jest pewna satysfakcja z szarym odcieniem zawiedzenia. Że to już koniec, że czas pożegnać świat Claire, gasić światło i iść spać.

Rozświetlone Akwaria [2009] - Sophie Bassignac


Najmocniejszą stroną książki jest pewna potoczystość i naturalność w oddawaniu nastrojów i emocji, ale bez cienia zadęcia i napuszenia - jak to czasami bywa. Zadęli się chyba tylko recenzenci i marketingowcy pisząc o 'psychologicznym studium samotności kobiety' i przywołując Hitchcocka i Kieślowskiego. No ale skoro trochę to chyba pomogło literackiej debiutantce to wybaczmy im ;)

Claire w żadnym razie nie jest kobietą samotną. Jest singielką szukającą uspokojenia w ciszy własnego mieszkania i książkach. No bo to co niby za 'studium samotności' gdy bohaterka ma rodzinę, przyjaciółki i kochanka ;)? Claire żyje po prostu nieco na uboczu pędzącego świata, do zebrań w wydawnictwie ma stosunek wyluzowany, a do ludzi ją otaczających dystans lekko półśredni.

Claire zaprzyjaźnia się z jednym ze swych sąsiadów, nieco tajemniczym starszawym już Japończykiem, a więź jaka między nimi powstaje to ciepłe kumpelstwo. Jest więc miło, ciepło i anielsko aż do dnia gdy... No właśnie, i tu jest to coś co w tej opowiastce jest fajne - a mianowicie brak "punktu kulminacyjnego" ;)

Owszem, bohaterka przeżywa pewną kulminację napięć - ale na szczęście ani w jej życiu, ani w narracji powieści nic z tego powodu raczej się nie wali. Ot, takie tam fobie, omamy i przelotne naprężenia. Nic wielkiego.

Powieść zamyka się więc łagodnie, niczym uległa powieka zwiedziona przez Morfeusza. W umyśle czytelnika może rodzić się tylko refleksja na temat tego, jak wielu ludzi z którymi się zaprzyjaźniamy, nakłada maski i zwodzi nas - a urokliwa intymność tych relacji jest jedynie mirażem.

Sumując w jednym zdaniu - Sophie Bassignac napisała powieść zgrabną, ładną i łatwo przyswajalną ;)


A teraz z innej beczki...
Czy ja już pisałem, że Terry Callier nagrał swój nowy album ;)? Czy mając 65 lat można nagrać świetną, nowoczesną płytę? Na szczęście dla nas odpowiedź brzmi: można :)!



Na "Hidden Conversations" Callier udowadnia, że jako emeryt ma więcej pomysłów niż wielu młodziaków ery cyfrowej. Wszystko na tej płycie pasuje do siebie idealnie - niczym nuty w dobrym, szlachetnym trunku. Takie utwory jak "Sunset Boulevard", "Wings", "John Lee Hooker" czy cudowny "Once I Dreamed Of Heaven" to esencja tego czego przynajmniej ja oczekuję od muzyki. Są tu emocje, jest świeżość. I najważniejsze: jest zaskoczenie - momentami jedno za drugim ;)

Nawet nowa wersja "Live with me" jest nieco zaskakująca - mniej przygnębiająca, za to jakaś taka bardziej pastelowa. Ale równie tęskna. Tak jakby gdzieś tam w tle paru klawiszy dotknął hmm... Vangelis? No ale posłuchajcie sami ;)


17:00, robertlotse , Książkowo
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 czerwca 2009
Ech życie, życie... i jak tu opisywać takie powieści?? Lubię od czasu do czasu sięgnąć po jakąś sensacyjkę, wszak nie można marnować całego życia na bezmyślnym czytaniu Sokratesa ;) Przez 2/3 nowa powieść Jeffery Deaver'a jest wporzo.

Duet Lincoln Rhyme i Amelia Sachs znów na tropie. Tym razem ich przeciwnikiem jest 522 - psychopata, morderca i złodziejaszek tożsamości w jednym. 522 zabija swe ofiary z pomysłem, pasją i wyrachowaniem zostawiając spore ilości śladów. Tyle, że to nie jego ślady. 522 wrabia niewinne osoby w dokonane przestępstwa. I robi to perfekcyjnie, bo ślady, dane i dowody jakich używa są niemal niepodważalne.

Jak już zaznaczyłem jest wporzo, choć schemat On & Ona na tropie jest już w powieściach sensacyjnych zgrany bardziej niż szelakowe płyty mojego dziadka. Fabuła trzyma się realiów, mamy fragmenty narracji wewnętrznej 522, akcja stopniowo przyspiesza i zagęszcza się.

Jeffery Deaver - Rozbite Okno [kryminał, sensacja, powieść]


No właśnie - przychodzi taki moment gdy akcja zagęszcza się aż za bardzo. Niestety, gdzieś po 350 stronach lektury pojawia się jeszcze 100 Stron Prawdy :) Robi się tu gęsto do tego stopnia, że elektrownia odcina prąd a policyjny wydział wewnętrzny łapie własnych kolegów. Naszym bohaterskim śledczym wali się na głowę 101 kłopotów.

To jest niestety Ten Moment występujący w 95-ciu procentach sensacyjek jakie poczytuję, który nazywam Czarną Dziurą. W tej Czarnej Dziurze prawa grawitacji i logiki dostają po głowie - zwycięża bowiem niepohamowane dążenie twórcy do tego aby wszystko efektownie zamknąć. W tym celu autor rozpędza wehikuł powieści do zawrotnej prędkości, pali gumy i jedzie po bandzie. Wszystko oczywiście po to, aby na maksymalnej prędkości widowiskowo przekroczyć linię mety.

Jako szary czytelnik muszę niestety zauważyć, że ta jazda po bandzie i palenie gum kończy się w wielu przypadkach urwaniem zawieszenia, zatarciem silnika - a czasem nawet pokazowym huknięciem o barierki banału i przewidywalności, po którym z wehikułu powieści zostaje wrak nadający się do odholowania na złom...

"Rozbite okno" Jeffery Deaver'a to nie aż tak drastyczny przypadek, ale z łatwością wyczuwa się tu moment w którym następuje pewien przesyt. Balonik pęka, a co bardziej krytyczny czytelnik stara się jakoś pozlepiać poodrywane kawałki, bo samemu przed sobą wstyd mu się trochę przyznać, że zmarnował weekend na konsumpcję produktu nie pierwszej już świeżości ;)
15:11, robertlotse , Książkowo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
To jest to co lubię - przyzwoite czytadło na weekend ;)
Tytułowy Zugzwang to pojęcie dotyczące takiej sytuacji w czasie partii szachów, gdy pozostaje nam bardzo niewielki wybór posunięć, a każde z nich tylko pogarsza naszą sytuację. Ale jak mus to mus, tak jak w życiu...

Bennet umieścił akcję swej powieści w Sankt Petersburgu z początku XX wieku. Elementami powieściowej dekoracji jest więc Car, Ochrana, elity towarzyskie i spiskowcy. Mało?
No to jest jeszcze główny bohater: doktor Spethmann - psychoanalityk; a jakżeby inaczej ;)

Autor zastosował jeszcze literackiego MacGuffin'a - partię szachów, którą doktor Spethmann rozgrywa ze swym przyjacielem przez cały czas trwania powieści. Osoby, które podczas kartkowania książki odrzuci widok szachownic i fragmenty notacji szachowej uspokajam - to tylko taki gadżecik i kwiatek do kożucha :)


Ronan Bennet - Zugzwang


Zdecydowanym plusem powieści jest styl narracji - szybki, zwarty, napisany w pierwszej osobie. Bennet uniknął zbytniej szczegółowości i silenia się na realizm historyczny. Wiemy tylko, że jesteśmy w Sankt Petersburgu z początku XX wieku, ale nie wali nam się na głowę niezliczona ilość "ornamentów" jakimi autorzy uwielbiają wręcz dekorować podobne powiastki ;)

Oczywiście pojawia się pewne tło historyczne, bo w końcu trzeba jakimiś figurami zapełnić szachownicę ;) Są więc towarzyskie 'szyszki', policjanci, rewolucjoniści, tajni agenci i trupy wyłowione z rzeki. Krok po kroku wchodzimy w ten świat zastanawiając się who is who. Na nasze szczęście nie jest to proces zbyt męczący ;)

Ach... zapomniałbym - jest też wątek miłosny. Jeśli oczywiście romans psychoanalityka ze swą pacjentką można nazwać miłością :)

Sumując w dwóch zdaniach: "Zugzwang" Bennet'a to powieść, która nie przytłacza czytelnika swoim efekciarstwem, chwilami lekko intryguje, przez moment głębiej wciąga. No właśnie - tylko przez moment. Można powiedzieć, że to jest plus ujemny jeśli chodzi o wakacyjną lekturę ;)

A muzycznie dziś... Empire Of The Sun z klipem "We are the people"



Złośliwcy twierdzą, że to zalatuje strasznym kiczem, a mnie się nawet podoba :)
No co, nie wolno ;)??
wtorek, 09 czerwca 2009
Książka tak zabawna jak zabawne są polskie komedie romantyczne. I na tym by się mogła skończyć cała moja recenzyjka ;)

Zabrałem się za "Pieskie życie mojego kota" Karoliny Macios z najlepszymi intencjami - bo nie dość, że to babska powiastka, to jeszcze taka krakowska - dzieje się gdzieś tu, teraz i obok. Głównie na krakowskim Kazimierzu.

Niestety gdzieś w połowie dosłownie przywalił mnie ten myślotok i słowotok przelewany na papier. Momentami jest nawet fajnie tylko czemu tak dużo ;)?? Czyż naprawdę trzeba przelewać na papier wszystko, co tylko przyjdzie do głowy?? Autorka uparła się żeby to zrobić...

Karolina Macios - Pieskie życie mojego kota


Skutki tego takie są, że facet który to czyta dla przyjemności (jak ja ;) traci gdzieś w połowie zainteresowanie tym czytadłem pisanym w blogowo-anegdotkowym stylu. Za dużo tu silenia się na poczucie humoru, silenia się na luz. I kiedy dochodzi do opisu sytuacji w której to cała załoga auta wiozącego Straszną Ciocię rzyga po kątach i przez okna to.. to.. to czytelnik ma się nawet ochotę przyłączyć. Z pewnego znudzenia banałem.

To typowa książka do zabrania na plażę - i można ją tam z czystym sumieniem zostawić w piachu...
 
1 , 2
Zakładki:
Bywam
Poczytuję
Podglądam
Samoróbki
Słucham
Varia




eXTReMe Tracker


statystyka