Kategorie: Wszystkie | Dźwiękowo | Filmowo | Książkowo | Myślotok | Notes | Politycznie | Varia
RSS
poniedziałek, 25 maja 2009
Jak siedziałem tak spadłem. Serio :)

A właściwie to "spadłem do kąta" jak pętak, prostak, ostatni ćmok.
Jestem skończonym ćmokiem i w kącie me miejsce. Alleluja. Amen. Klops ;)

To może na początek poproszę o materiał filmowy - telekino start!



A oto przyczyna mego upadku. Taki oto passus na dziś, ku uciesze lub przerażeniu - w zależności od upodobań i nastroju :)
Cytuję niemal w całości, co macie jakieś reklamy oglądać :) Całość na Dziennik.pl - zacznijmy z wysokiego C:


Nie chciałbym nikogo obrażać, ale odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy kompletnie dowolne. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno. Bo jedni mają opinie, inni - wyrobione jedynie ich zalążki, a pozostali - nie mają ich wcale.


Tak piękne, zgrabne i krzepiące są słowa profesora Marcina Króla, że Państwo pozwolą abym cytował dalej


W internecie można znaleźć więc anonimowe blogi, anonimowe wypowiedzi i anonimowe komentarze, które zamieszczane są również w internetowych wydaniach dzienników pod artykułami. Dla mnie jest to bardzo ponure i niebezpieczne zjawisko, która w przyszłości zaowocuje negatywnymi skutkami.

Mówię to dlatego, że dotychczas cała upowszechniona kultura pisana opierała się na możliwości skrytykowania nawet największych głupstw, najbardziej marnych książek, których autorzy byli znani. Tymczasem w internecie opinie są anonimowe – a ich autorstwo nie niesie za sobą żadnej odpowiedzialności.

Oceniam to jako złe zwycięstwo demokracji, bo każdy idiota ma dzięki temu takie same prawa do wygłaszania swoich sądów jak wybitni myśliciele, publicyści, czy prawdziwi dziennikarze. Tymczasem anonimowa opinia nie pomaga w kształtowaniu życia publicznego, a psuje je.


To może w tym miejscu jeszcze jeden fragment filmowy luźno związany z tematem :)




A teraz proszę orkiestrę o tusz - Wielki Finał:


Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone. Więcej, przez całe lata rozumni ludzie uważali, że cenzura powinna być dopuszczalna i to nie tylko z powodów obyczajowych, ale też zgodnie z zasadą, że "poważne pytania głupim ludziom mącą w głowie".

Nie jestem zwolennikiem tego, by każdy mógł wyrażać swoją opinię publiczne w sposób nieograniczenie swobodny. Nawet gdy do redakcji – i to każdej, jaką znam – przychodzą listy, ta nie decyduje się na publikację najgłupszych z nich, a wybiera najbardziej interesujące. Dlaczego? Po prostu dlatego, że sfera publiczna to nie śmietnik.


Ufff... czy ktoś dotrwał do końca? I jak samopoczucie :)?
Ja doszedłem do wniosku, że jestem strasznym tępakiem - nie wiem nawet jacy wielcy filozofowie uważali, że swoboda bywa niebezpieczna. Nie wiem kim byli ci ludzie rozumni na których powołał się profesor Król. Nie wiem nawet skąd pochodzi owa zasada mówiąca o pytaniach co mącą w głowie...



Nic nie wiem... ale trauma... szlag by to jasny trafił...

A ciut bardziej powżnie to gratuluję Marcinowi Królowi tego, że tak pięknie zredefiniował pojęcie "blog". Jak widać na załączonym obrazku, Mędrca można poznać po tym, że w kilku ledwie zdaniach całą blogosferę potrafi wyrzucić do klopa (pardon ;). Wszystko jak leci - blogi "pokemonów" i blogi prezydentów znalazły wreszcie swe miejsce :)

Mam tylko dość głupie uczucie, bo kiedy przeglądam felietony w powszechnie szanowanych, mainstreamowych mediach to duża część z tych felietonów pasuje dokładnie do definicji bloga opracowanej przez Marcina Króla.

Autorzy tych felietonów wygłaszają opinie na tematy kompletnie dowolne. Ba, jedni felietoniści mają opinie, inni wyrobione jedynie ich zalążki, a pozostali nie mają ich wcale. Piszą o jakiejś piłce, telewizji albo (to już jest zgroza!) o gospodarce i polityce. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno :)

Ale już zupełnie na poważnie to napiszę, że nie jestem żadnym filozofem czy socjologiem (jak już zaznaczyłem jestem zwykłym ćmokiem) i jako takiemu niekomptentnemu beztalenciu zdawało mi się, że Internet (a szczególnie Web 2.0) to Raj i Ziemia Obiecana dla historyków różnych ideii, socjologów, badaczy kultury. A tu klops i klapa :(

W prostych, niemal żołnierskich słowach Marcin Król wyjaśnił mi, że nie ma nic bardziej błędnego niż założenie, że anonimowe opinie mają jakąkolwiek wartość. Nie wiem tylko co na to wszystkie te instytuty badawcze pracujące dla korporacji i partii politycznych - wszystkie one bazują na tych anonimowych opiniach.

Nie wiem też co w tym przypadku począć z tą całą demokracją opartą o anonimowe wyrażanie opinii poprzez wrzucenie kartki do urny. Ale może już jutro się dowiem od pana profesora Marcina Króla :)

Jeszcze jeden teledysk na zakńczenie...



18:56, robertlotse , Myślotok
Link Komentarze (14) »
sobota, 23 maja 2009
Miało być inaczej...
Jakiś tydzień temu powróciwszy ze swojej samotni, gdy zobaczyłem co w blogach piszczy miałem napisać coś w tym stylu:

Czy Krzysztof Czuma (syn Andrzeja) to czubek, pieniacz, psychol, małpa z brzytwą, zwykły troll przeniesiony do reala?

Chodzi oczywiście o sprawę, którą blogosfera ochrzciła już "sprawą Kataryny" - a która w rzeczy samej dotyczy próby kneblowania ust blogerom, użycia urzędniczego stołka, inwektyw i obelg użytych do szantażu i zastraszenia "krytykantów". Przypomina mi się czas 'schyłkowego Jaruzela', gdy część gazet drukowała teksty pokastrowane przez cenzorów. O ingerencjach informowały ramki z numerem paragrafu odnośnej ustawy o kontroli publikacji i wydawnictw.

No i proszę - historia lubi się powtarzać, choć w zupełnie innym wymiarze. Oto bowiem syn urzędującego ministra sprawiedliwości grozi pozwami właścicielom Salonu24.pl, jeśli ci nie ujawnią danych "niepokornych" blogerów i nie ocenzurują krytycznych wpisów.

I nic to, że krytyczne wpisy mają raczej charakter odtwórczy i odnoszą się do doniesień, których rzeczywistym źródłem są publikacje prasowe czy telewizyjne. I nic to, że krytyczne wpisy z rzadka tylko bywają mocne, hardcore'owe, na granicy dobrego smaku - ale pozostają jednak w granicach obowiązującego prawa. I nic to, że owe "kłamstwa" i "oszczerstwa" są najczęściej po prostu luźną dywagacją, dygresją, ironią.

Krzysztof Czuma występując w obronie urzędującego ministra sprawiedliwości pisze o jednym z blogerów per s...syn, innym wymyśla od "wrednych babsztyli", grozi procesami firmie Igora Janke w przypadku gdyby ta nie uległa ministerialnemu szantażowi...



Dalej miałem napisać coś o tym, że Krzysztof Czuma nie jest czubkiem ani pieniaczem - jest po prostu niebezpieczny, bo ma tatusia na ministerialnym stołku - co w praktyce sprowadza się do tego, że stoi za nim aparat represji i przemocy, a nie żadnej sprawiedliwości...

Po tym jednak jak w ręce trafił mi wczorajszy "Dziennik" doszedłem do wniosku, że po raz kolejny byłem w błędzie. Duet Czuma & Czuma to 'małe pikusie' w porównaniu z burakami jakie pracują w niektórych mediach.

Cezary Michalski, Sylwia Czubkowska et consortes to jest dopiero towarzycho godne opisania... Sam uważam, że można czasem posługiwać się pewną manipulacją, prowokacją, a może nawet i szantażem kiedy cel jest tego wart - kiedy chodzi o jakąś sprawę z gatunku tych fundamentalnych - gdzie trzeba pokazać po której stronie leży Dobro, a gdzie zaczyna się już Zło, gdzie doszło do rzeczywistego przestępstwa.

Takim "przestępstwem" okazały się być komentarze, dywagacje i analizy dotyczące zazwyczaj ogólnie dostępnych materiałów prasowych. Michalski wraz Czubkowską w jednej chwili przepoczwarzyli się z dziennikarzy w prokuratorów i śledczych aby pomóc ministrowi Czumie i jego synalkowi w znalezieniu adresu pod który należy wysłać pozew.

Po prostu mnie wcięło, gdy zobaczyłem, że "dziennikarze" z "Dziennika" potrafią napisać "nie bój się, nie ujawnimy twojego nazwiska" po czym na jednym oddechu opisują: ma na imię Katarzyna, lat tyle-i-tyle, pochodzi z...

Nie ujawnimy twojego nazwiska, opiszemy tylko twoją fundację i napiszemy, że jesteś prezesem - taki cymes może się trafić tylko w gazecie redagowanej przez cyngle i kundle.



To nic, że Cezary Michalski w swoim tekściku "Utracona cześć Kataryny" wypisuje kłamstwa i brednie ("jesteśmy ciekawi jej poglądów, jej psychiki, jej życia").

Michalski niemal z dumą pisze: Okazuje się, że zmusiliśmy do milczenia Katarynę, najsłynniejszą polską blogerkę polityczną, ostatnio związaną bojem na śmierć i życie z rodziną Czumów, ojcem i synem. Tak po prawdzie, to "Dziennik" po prostu wystawił Katarynę 'na strzał' publikując wystarczającą ilość szczegółów, aby nawet w Google'u każdy mógł już własnoręcznie zdemaskować Katarynę...

Pytanie tylko: po co? Odpowiedzi na to pytanie Michalski już nie daje, a szkoda - bo ta o "chęci poznania psychiki" Kataryny brzmi po prostu infantylnie.

Gdybym napisał, że Cezary Michalski i Sylwia Czubkowska postanowili zostać kundlami Czumy to byłoby to zbyt banalne. Tu nie o to chodzi.

Dla mnie z całego tekstu Michalskiego przebija jeden ton: chęć zastraszenia tych którzy mieliby ochotę iść w ślady Kataryny. Michalski w swoim wywodzie zrównuje kąśliwe i inteligentne komentarze Kataryny z bluzgami politykierów-frustratów. Naprawdę nie trzeba siedzieć w Sieci od lat, by móc rozróżnić język jakim posługuje się krytyk, a jakim krytykant. I bardzo łatwo tu odróżnić rzeczową krytykę, jałową polemikę i wiąchę obelg. Widać jednak, że Cezary Michalski tego nie potrafi.

Michalski jakby z pewnym żalem pisze: ilu jej [Katarynie] podobnych anonimów, radykałów, antykomunistów, niepodległościowców... zapełnia polski Internet. Tłukąc w klawisze na poddaszu czy w biurze i przeżywając swoją wolę mocy, dopóki nie usłyszą krzyku szefa albo wołania żony czy mamy przypominających o obowiązku wyniesienia śmieci albo wyprowadzenia pieska. W zasadzie brakuje jeszcze tylko czegoś o "warchołach z Radomia" ;)

Biedaczysko... nie wie nawet, że podobne tysiące anonimów i radykałów wypełniają co dzień tramwaje i autobusy, bary i kawiarnie. Michalski nie rozumie, że blog i forum dyskusyjne to takie samo miejsce jak ławka w parku. I tak jak w parku są ławki świeżo odmalowane oraz takie na których przesiaduje zapluta żulia.

Intuicyjnie czuję, że polowanie z nagonką jakie urządził Krzysztof Czuma jeszcze się nie zakończyło, mimo tego że jego kundlom udało się dopaść Katarynę. Przez język jakim posługuje się Cezary Michalski przebija się groźba i szantaż wobec tych, którzy mają chęć mówić to co myślą. Michalski stając się cynglem Czumy dał dość jasny sygnał, że według niektórych decydentów przyszedł czas aby zacząć nakładać kaganiec.

Na strzały zza węgła (jak blogowanie o polityce nazywa "Dziennik") kundle Czumy postanowiły odpowiedzieć strzałem w plecy. I bez zmrużenia okiem ciągną rozprawę jakie to jest nieprzyzwoite i niegodziwe by blogować pod pseudonimem. Wystawienie kogoś Czumie 'na strzał' żadną niegodziwością i nieprzyzwoitością nie jest. Cezary Michalski gotów pewnie nawet dowieść, że zrobił to w ważnym interesie publicznym...

Dlaczego właśnie teraz? Tego nie wiem - może gdzieś w Ministerstwie Prawdy ktoś doszedł do wniosku, że już nie ogarnia tej kuwety, a skutki tego nieodpowiedzialnego blogowania mogą być w jakiś sposób niebezpieczne.

A może będzie nawet tak pięknie jak w starym dowcipie o liście do moskiewskiej "Prawdy":

Kochana "Prawdo"!
Od jakiegoś czasu bardzo nie podoba mi się nasz system. Co mam robić?

Odpowiedź redakcji:
Proszę podać dokładny adres i czekać


Gdy chwilę dłużej się nad tą sprawą zastanowiłem, doszedłem do wniosku, że może za dużo kombinuję? Może nie ma żadnego Ministerstwa Prawdy, cyngli i kundli? Może po prostu tylko paru ludzi postanowiło pokazać światu jacy są mali??

Od kiedy siedzę w Internecie, zawsze interesowały mnie ludzkie emocje. Różne - te złe i te dobre. Interesowała mnie także motywacja ludzi do ich okazywania. Na przykład co sprawia, że chory na raka pisze blog - ekshibicjonizm jako forma terapii? Jaką motywacje mają ludzie anonimowo opisujący jakieś anonimowe biuro w którym panuje mobbing, seksizm i "spychoterapia"?

Pytanie o motywacje i emocje przyszło mi do głowy, gdy zastanawiałem się nad tym dlaczego Cezary Michalski zdecydował się "wystawić na strzał" Katarynę. Wiem, że jest to pytanie z gatunku tych bezsensownych, po pewnie sam Michalski miałby problem z wyjaśnieniem na poziomie nazwijmy go czysto ludzkim, dlaczego pewnego dnia przyszło mu do głowy zadać komuś cios w plecy. Zardzewiałym nożem.

Skąd się bierze ta ochota by na kogoś donieść, a mówiąc bardziej kolokwialnie kogoś podesrać? Co takiego tkwi w ludzkiej mentalności, co raz po raz nakazuje łamać imperatyw "Nie bądź dupą, ale nie bądź też świnią".

I od razu przyszła mi na myśl "odpowiedź" jakiej udzielał "bohater" dokumentu "Trzech kumpli" - Lesław Maleszka. Pytany dlaczego donosił, odpowiadał "To dobre pytanie!".

W jakiś tam sposób Cezary Michalski dowiódł, że nastąpiła u niego reinkarnacja mentalności Maleszki. Ba, postanowił nawet tą swą małość publicznie pokazać. Ekshibicjonizm jako forma terapii? Tylko dlaczego cudzym kosztem? Wszyscy jesteśmy Judaszami?

I to by było tyle na dziś :)

+ Historia nacisków Krzysztofa Czumy na Salon24.pl
+ Syn ministra sprawiedliwości obraża-blogerów grozi Salonowi24
+ Długa historia dużych pieniędzy - co sama Kataryna pisze o interesach z TVP
czwartek, 21 maja 2009
Siedział na ławce i patrzył jak bzykają się gołębie.
My rządzimy światem, a nami kobiety. Jakież to niesprawiedliwe - pomyślał...


A clip bez komentarza ;)
21:04, robertlotse , Myślotok
Link Komentarze (20) »
sobota, 16 maja 2009
Zacznę od tego, że zdarzyło mi się kilka razy zasnąć w kinie. Serio...
I żeby być w zgodzie z prawdą to muszę napisać, że jednym z tych filmów był ten oto:



Naprawdę skrajnie głupio się poczułem otwierając oczy gdzieś w drugiej połowie "Truposza", no wstydzior po pachy. Dobrze przynajmniej, że ciemno było :)

Od zawsze lubiłem różne kowbojskie klimaty w kinie - cóż widocznie to taki "imprinting wzorców i archetypów". Wczesne dzieciństwo spędzone w kinie "Kolejarz" na porankach z ekranizacjami prozy Karola Maya zrobiło swoje ;)

No a potem to już było tylko lepiej - westerny te prawdziwe i te spaghetti gdzie dobrzy, źli i brzydcy robili pif-paf, trach i bach! No i do tego jaka muzyka!

Mając jakieś 13 lat byłem obłędnie wręcz zakochany w "Apache" Shadows'ów. A do dziś przeszło mi to zakochanie ledwie trochę :)

No i teraz proszę ja Was znalazłem cudną wręcz muzykę - kilmaty takie jakie lubię najbardziej: nostalgia i tajemnica. Kosmos czekający na swych odkrywców i Pustynia czekająca na Jeźdźców Wyobraźni.



Takie klimaty zawierają nagrania grupy Long Desert Cowboy zawarte na netce "Finareia". Brzmią w tych nagraniach echa starego Ray'a Coodera i Neila Young'a - wyobraźnia podsuwa obrazek samotnego cowboya, trochę różniącego się jednak od "Marlboro Man'a", który ze swym wiernym wierzchowcem przemyka przez pustynię w zaciszu własnej samotności...

Muzyka Long Desert Cowboy jest do ściągnięcia za darmo, a słówko 'netka' sam wymyśliłem, bo nie wiedziałem jak nazwać te dwadzieścia kilka minut muzyki. Przyszło mi do głowy, że to jest takie "net ep" :)

No to pogody na weekend życzę!
13:55, robertlotse , Dźwiękowo
Link Komentarze (5) »
środa, 13 maja 2009
Ale pupa... ulice wyludnione, na twarzach pracowników biur, banków i stołówek szok i gorycz. Motorniczy tramwaju numer 19 na wieść o decyzji UEFA rozpłakał się jak dziecko i położył na szynach krzycząc "Tu już nie ma po co żyć!". Desperata udało się jednak uspokoić.

Do poważnego incydentu doszło na wzgórzu wawelskim. Jeden z zatrudnionych tam strażników biegał po zamku z odbezpieczoną bronią i szukał turystów z Ukrainy. Na szczęście jedyna napotkana ukraińska wycieczka zachowała się przytomnie i udawała Greka. Strażnik w akcie desperacji strzelił sobie w łeb skacząc do Wisły...

No dobra... żartowałem sobie :)
W grodzie Kraka jest jak było - słoneczko tylko wyszło, uśmiechnęło się i pokazało figę. Kilku hotelarzy i restauratorów rzuciło tylko "wiąchami" o ścianę. I tyle.

Ja w sumie to się nawet cieszę, że moje miasto umiłowane uniknie najazdu piwoszy, barbarzyńców i rodzin z dziećmi. Mnie wystarczą już ci którzy wpadają tu weekendowo i plączą się z plecakami szukając funkcjonującego miejskiego "klopa". Prezydentowi Majchrowskiemu i jego upasionym przydupasom można by nawet zadedykować jakąś etiudę filmową "Poszukiwacze zaginionego klopa" - może wtedy by zrozumieli, że rzecz nie rozbija się czasem o lotnisko, autostradę i stadion. Czasem sprawy rozbijają się o konieczność ale niemożność zrobienia siku i kupki.

Ja się nawet cieszę, że nie będę świadkiem najazdu całych tabunów wrzeszczących facetów. Pomyśleć tylko, że na kilka dni mogło by się tu zjechać kilkadziesiąt tysięcy samców o temperamencie podobnym to tego pana w załączonej dźwiękówce :)

No to uśmiechu Państwu życzę :)


Nagranie z cyklu "Tym żył świat" w radiowej Trójce
wtorek, 12 maja 2009
Fajną płytę nabyłem. Nie jakaś specjalna nowość, sprzed prawie trzech lat. Poniekąd zrobiłem to specjalnie, żeby dołożyć swoją cegiełkę do twierdzenia, że piractwo w pewnym stopniu zwiększa sprzedać niektórych wydawnictw. To chyba chodzi o tą teorię "długiego ogona" czy jakoś tak ;)

Płyta cudna, jedna z tych niewielu które nie przynoszą ani minuty rozczarowania. Mało taki płyt ostatnio - a już na pewno nie ma takich w tym całym mainstreamie na którym czesze kasę szołbiz. Nawet starzy wyjadacze z milionami na kontach upychają ostatnio na swoje albumy ograne, bezpieczne i niemal opatentowane schematy. Dwa szybkie, dwa wolne, nie dłużej niż trzy minuty z sekundami - dłuższe nagrania "źle się sprzedają w radiu"...

Finał tego taki, że nowy album U2 zawiera w zasadzie tylko cztery fajne utwory, z czego dwa praktycznie nie nadają się na single, a album Franz Ferdinand niesie ze sobą hmm... może nawet osiem potencjalnych "radiowych singli" - tyle, że te single są prawie jak kociaki z jednego miotu - takie jakieś do siebie podobne :)

Wracając do mojego ostatniego zakupu - oto i on:



Oczywiście mógłbym zacząć od tego, że ktoś kto jest córką Serge'a (tak, tego Serge'a) to sobie po prostu może pozwolić na nagrywanie TAKICH płyt. Takich, czyli pięknych, przemyślanych, raczej nie nadających się do "dziennego radia". Ale ponieważ polubiłem Charlottę to taki wtręt byłby zupełnie niestosowny.

Mógłbym się też zastanawiać czy to jej płyta... wszystkie teksty napisał Jarvis "Pulp" Cocker, za większością strony muzycznej stoją Nicolas Godin i Jean-Benoît Dunckel czyli duetto Air. A panna Szarlotta??

Noo... panna Szarlotta śpiewa oczywiście - choć to są bardziej takie mruczane deklamacje. Ale robi to uroczo - jest w tym magnetyzujący sex appeal, ale nie ma grama lukru i cukru pudru. A powiem nawet tak: ta płyta jest jedwabiście kobieca ;)

Z czysto muzycznego punktu widzenia jak na moje ucho ta płyta jest rewelacyjnie pomyślana, równa choć zróżnicowana, łączy różne stylistyki - choć wiadomych względów dominuje tu "french touch". Ta płyta się po prostu w ogóle nie nudzi, nawet jakby nie starzeje - a sprawdza się i przy porannej kawie, i po obiedzie - no i oczywiście o 5:55 nad ranem :)

No to jeszcze coś na bis - "The Operation", jeden z moich jedenastu ulubionych utworów na płycie :)



14:46, robertlotse , Dźwiękowo
Link Komentarze (7) »
niedziela, 10 maja 2009
Powiem szczerze - będąc jeszcze w połowie tej książki miałem ochotę ją po prostu sflekować.

Za co? A za psico! Za wszystko :)
Za styl, za manierę, za język, za pseudoteologię, pseudopsychologię, pseudofilozofię, za ....., za ...... i za ..... też ;)

No ale jak widać odstąpiłem od zamiaru :)

Chata - William P. Young


Bo po pierwsze gdybym wyładował całą złość i wbił Young'a razem z jego "Chatą" w glebę to dowiódłbym, że w tej książce jest wiele prawdy i wartościowych twierdzeń.

A po drugie wziąłem pod uwagę to w jakim mniej więcej kręgu powstała ta książka, do kogo jest skierowana. To jest po prostu taka McTeologia i McWiara. Nie ma w tej książce stwierdzeń ani bluźnierczych, ani nagannych. To co jest to taka dość jednostajna mantra w nieśmiertelnym "Jesus loves you". Kiedy już po lekturze jeszcze raz przejrzałem książkę to nie znalazłem żadnego zdania wartego sflekowania. I żadnego wartego podkreślenia czy wytłuszczenia.

Co w takim razie napisał Young?? Nic szczególnego - to n-ty podręcznik pozytwynego myślenia, który ani nie leczy ani nie zatruwa. "Chata" Younga to kolejne literackie placebo dla tych którym po prostu nie chce się przeczytać Biblii. "Chata" nie jest zupełnie pusta - jest po prostu graciarnią pełną banałów. To zwykła, miałka literatura homeopatyczna - nic więcej.

Każdemu wolno sobie wyobrażać Boga w postaci czarnej kobiety, każdemu wolno pisać przypowiastki luźno odwołujące się do Prawd zawartych w Ewangelii.

Każdemu też wolno takie rzeczy czytać - tylko po co?


piątek, 08 maja 2009
Tak mi wpadło dziś do głowy przy pewnej kawowej rozmowie, że jeśli chodzi o tematykę damsko-męską to cały witz polega chyba na tym, że myślimy różnymi językami.

Ameryki nie odkryłem, wiem :) - dlatego zaznaczę, że napisałem: myślimy różnymi językami. Miałem kiedyś w rękach jakąś książkę traktującą o tym jak mózg przekłada sobie słowo na określone pojęcie, jak temu słowu przypisuje konteksty i skojarzenia. Żeby cała ta heca była jeszcze bardziej pogmatwana to równocześnie odbywają się procesy odwrotne - skojarzenia ubierane są w garniturek słów.

No a do tego dochodzi przecież jeszcze ta odziedziczona po przodkach Wieża Babel - różne języki, gwary, dialekty. Ba, żeby tylko to... - jeszcze są jakieś "kody pokoleniowe" związane z tym, że w danym okresie pewne słowa są używane częściej niż inne, mają niby to samo znaczenie ale odcień emocjonalny zupełnie inny. Wystarczy wziąć jakąś książkę wydaną 50 lat temu i czuje się, że czyta się ją trochę inaczej, bo ten język i ten kod myślowy jest jakiś inny. Taki choćby "nigger", że sięgnę do wczorajszego artykułu w "Dzienniku" ;)

A jak to jest na tej damsko-męskiej płaszczyźnie?
Ba, gdybym wiedział to już bym siedział i pisał kolejną książkę typu "Uwiedź ją swoim językiem" albo "Programowanie Neuro-lingwistyczno-seksualne dla Bystrzaków" :)

No więc właśnie nie wiem, choć rozmowa przy kawie zabiła mi pewnego ćwieka. Partnerką moją była Przyszła Przebojowa Pani Mecenas - taki model "omnibus z ADHD". Tak sobie gadaliśmy o tym i o owym, aż wzrok padł na ostatni "Wprost" z którego spozierał "wylaszczony" Olejniczak.



Pal sześć to całe cover-story o tym, że pewnie nawet Józek Oleksy chciałby być jak Adonis. Wszak każdemu wolno być próżnym, a polityka to raj dla próżniaków.

Bardziej zbiło mnie z pantałyku słowo jakiego użyła Przyszła Przebojowa Pani Mecenas. Powiedziała mianowicie "a ja to się lubię czasem tak wysuczyć". Ona powiedziała to 'bardziej' - bo przez dwa albo może nawet trzy 's'. Czujecie to?? Powiem, że mocne to było na swój sposób. Mnie samcowi od razu zapaliła się we łbie jakaś lampka. Nie wiem za bardzo jakiego koloru, ale coś błysnęło. Od razu gdzieś tam jakiś kontekst się dopisał. Poczułem gdzieś jakiś bodziec podprogowy, który coś mi tam łbie nadpisał. I to nawet nie chodzi o to, że poznałem nowe słowo (wysuczyć... wysssuczyć...).

Gdyby to tylko o to słowo chodziło to pal je licho. Witz polega na tym, że mam prawie pewność, że ona rozumiała to zupełnie inaczej niż ja i dobrze o tym wiedziała. Wiedziała jaki trybik się obróci...


Żeby dłużej już nie ględzić... Candie Payne - I wish I could have loved you more.
Bez żadnych skojarzeń i komentarzy z mojej strony ;)



p.s. - a dziś znowu pełnia - w radiowej Trójce od północy do czwartej nad ranem "Trzecia Strona Księżyca" - gothom, mistykom i innym freak'om polecam zdecydowanie ;) Kto nie wie o co chodzi niech sobie zaglądnie na www.tsk.trojka.info
18:14, robertlotse
Link Komentarze (28) »
środa, 06 maja 2009
Przeczytałem "Gargulca" przez długi weekend. Powiem tak: strawny, dobrze przyprawiony, poziom kiczu w normie.

Po konstrukcji powieści widać, że autor nim rozpoczął proces twórczy usiadł i długo myślał. I raczej nie myślał o tym co napisać ale bardziej dla kogo. Można powiedzieć - zawodowy debiutant. Zawodowstwo w tym przypadku polega na tym, że target został starannie zdefiniowany i namierzony. Reszta to betka.

Nie będę się rozpisywał o czym traktuje "Gargulec" - lead na dole okładki mówi wszystko. Dla szarego czytelnika najważniejsze jest chyba to, że Davidsonowi udało się uniknąć dłużyzn i bałaganu mimo sporego skomplikowania fabuły. To pewnie dzięki temu, że bohater powieści często zdobywa się na sarkazm i autoironię. No ale co mu w sumie zostało...

Zresztą dam sobie nogę uciąć, że Davidson pisał to wszystko w taki sposób aby dało się to łatwo przenieść na ekran. Wszak parę groszy więcej zawsze się może przydać :)

Nie ma tu więc żadnych moralitetów, dylematów, nowych ścieżek duchowych. All you need is love, tra la la la... Połowie czytelniczek i tak się łza w oku zakręci gdy dotrą do sakramentalnego "Do you love me?" na 10 stron przed końcem.
Trach, ciach, bach - kurtyna opada.

Innymi słowy wszystko uszyte na miarę z materiału w dość przyzwoitym gatunku, a fason... hmm... no taki uniwersalny, wczasowo-urlopowy, ale na długawy jesienny wieczór też będzie jak znalazł. Taka "literatura pop" po prostu :)


+ Moje Książki - audycja Magdy Mikołajczuk w radiowej Jedynce, a w niej m.in wywiad z Andrew Davidsonem.

A muzycznie, nostalgicznie - stary dobry Clan Of Xymox z "No human can drown".
Tak mi się z zakończeniem "Gargulca" spontanicznie skojarzyło :)


18:09, robertlotse , Książkowo
Link Komentarze (8) »
czwartek, 30 kwietnia 2009
Do zbawienia droga banalnie prosta.
Od rozbawienia raptem dwie literki...

Cudna Emiliana na nadchodzącą majówkę - prawie się zakochałem ;)

13:47, robertlotse
Link Komentarze (4) »
Zakładki:
Bywam
Poczytuję
Podglądam
Samoróbki
Słucham
Varia




eXTReMe Tracker


statystyka