Kategorie: Wszystkie | Dźwiękowo | Filmowo | Książkowo | Myślotok | Notes | Politycznie | Varia
RSS
sobota, 30 sierpnia 2008
Postanowiłem rozwiać pochmurne myśli i podkręcić sobie neurony w obrębie robaka

To miał być... taki koktajl ;) - przepis prosty jak banan:

2 części wódki
1 łyżeczka papryczek chili z usuniętymi pestkami
pokruszony lód
szklanka ;)

Papryczki kastrujemy z pestek, siekamy i wytrząsamy z wódką w shakerze. Przed przelaniem do szklanki wypełnionej kruszonym lodem całość cedzimy. Gotowe...

Łyknąłem i dostałem cios... Cios prosto w nos - prawie się rozpłakałem jak dziecko. Ale w zasadzie to są łzy radości. To chyba ten mój robaczek pochlipuje sobie jak bóbr ;)
Gdyby mnie ktoś teraz zobaczył śmiało mógłby powiedzieć: ale se dziadek poszalał...


W pewnym sensie mógłbym się teraz załapać na jakąś rólkę w poniższym teledysku...


13:56, robertlotse
Link Komentarze (12) »
piątek, 29 sierpnia 2008
Zabrałem się za "Haszyszopenki" Jarosława Maślanka, bo potrzebowałem lekkiego czytadełka, żeby sobie przewietrzyć myśli. Książka niedługa, należąca do tych "szybkoczytalnych".

Fabułka banalna - obrazek kilku wakacyjnych dni kończących pamiętne lato 1982 roku. Miejscem akcji jest jakieś miasteczko w Polsce "B" - szarobury gnijący socjalizm przeplata się z nitkami o lokalnym kolorycie. Na dobrą sprawę jedynie wódka stanowi tutaj więź spajającą społeczność familoków - obywatele chleją równo bez zględu na podziały polityczno-ideologiczne.

Haszyszopenki - Jarosław Maślanek


Narratorem jest urwis, osoba jakby z nieco innej bajki. To jego oczami widzimy ten ponury świat, choć jedyny mu wtedy znany. Odskocznią od nudy jest oczywiście rozrabiactwo jakiego dopuszcza się wraz ze swym kolegą - Wronkiem.

I tak to się toczy dość miarowo przez 250 stron. Od czasu do czasu pojawia się jakiś wątek pogłębiający obraz tego świata - ale nie ma tego zbyt wiele. Pojawiają się powieści Lema i nieśmiertelny ocet na półkach. Nastoletnia miłość pojawia się ledwie incydentalnie i usycha w nawale innych niezbyt zresztą ciekawych myśli kłębiących się w nastoletniej głowie.

O czym miała być ta książka? O przyjaźni w szaro-burym socjaliźmie? O końcu kolejnego lata, może ostatniego dziecięcego lata? O Polsce "B" w czasach gdy cała Polska była krainą B i do D? Niestety tego nie wiem...

Autor poupychał tu ormowców, milicjantów, pijaczków, zboczeńców, niewierne żony, brud melin, klatek schodowych i cuchnący smutkiem Kurwidołek. I tyle...

Nie znalazłem tutaj ani żadnej myśli ulotnej, ani cienia aury dzieciństwa umykającego latem, jaka roztaczała się np. nad Weiserem Dawidkiem...
Trochę szkoda, ale cóż na to począć?

+ Rozmowa z Jarosławem Maślankiem w Tok FM
11:33, robertlotse
Link Komentarze (2) »
środa, 27 sierpnia 2008
Przy poprzednim wpisie pojawił się komentarz od Meaningfull: Czy to jest zapadanie się późnosierpniowe, czy lot w nieznane?

Ha! Gdybym to ja wiedział...
Tak jakoś wyszło, że całkiem niedawno w swoim bordowym kapowniku zapisałem sobie, że życie jest jak lot w nieznane. Dużo zależy od tego jak ktoś opanuje sztukę pilotażu i posługiwanie się przyrządami. Wiadomo jednynie, że gdzieś tam na każdego czeka jakieś lądowanie - na niektórych czeka VIP Terminal na JFK, a inni skończą jak Antoine de Saint-Exupéry...

Jedno już wiem - choć nie jestem żadnym Kamikaze ciągle muszę staczać jakieś walki...

Metaforka niezbyt odkrywcza, ale koincydencja czasowa mnie zafrapowała... Let your soul be your pilot!



15:16, robertlotse
Link Komentarze (9) »
sobota, 23 sierpnia 2008
W ostatnim czasie Tajemne Siły oddziaływujące na wektory życia zdają się w moim przypadku stosować do zasady "nigdy dość". Gdzieś tam próbuję te "siły" zrównoważyć i utrzymać balans... kurde-balans... qrwa-mać-balans...

Na dobrą sprawę moje działania są jednak bez sensu, bo te "Tajemne Siły" to w przeważającej części działania innych. Głupota, pycha, złośliwość, zadęcie, tumiwisizm, chciwość, pochopność, gadatliwość...

I jak tu jednym kopniakiem skopać im wszystkim tyłki?

Wyspy bezludne daleko... nie ma szans ani na ucieczkę przed perwersyjną miłością bliźniego swego, obsesyjną zazdrością, nieumiarkowanym lenistwem. Opsss... lenistwo to akurat chyba i moja domena ;)

Na dobrą sprawę mogę się jednak cieszyć. Zdrowie dopisuje, a poziom dobrego humoru rośnie proporcjonalnie do amplitudy i balansu. Bohater przyszłej poczytnej powieści zyskał już nawet franciszkańskie szaty. Niestety ostatniej nocy złapałem się na tym, że jest jakiś taki trochę niespójny. Może mu dopisać jakąś traumę dzieciństwa do życiorysu? A może lepsza będzie trauma i roczarowanie dopisane do okresu dojrzewania? Jakoś trzeba ubarwić ten nagły skręt na drogę z napisem Powołanie.

No to biorę się do roboty, przygrywać będzie The Cinematic Orchestra :)


20:12, robertlotse
Link Komentarze (8) »
środa, 20 sierpnia 2008
Królowa Bezsenność znów zawładnęła Królestwem Nocy. Włada niemal niepodzielnie, nie poddaje się nawet Armii Spirytualiów i Szwadronom Medykamentów...

Czas niespania... czas myślenia...
Korespondencyjna A. zadała kolejne pytanie z gatunku tych kobiecych i fundamentalnych: czy może Chanel Chance jest lepsze od Emporio Armani?
I jak ja mam jej odpowiedzieć? Przecież tego się nie da pić!!!

Nocami przygrywa mi ostatnio stare ale jare Apollo 440. Kiedy słucham tego nagrania to czuję się jakbym siedział na jakimś Dachu Świata i patrzył z rozkoszą seryjnego mordercy na ten cały zgniły padół...


Discover Apollo 440!

12:22, robertlotse
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Podobno niektórych spotyka miłość jak z baśni, mnie jednak spotkała miłość jak z horroru. Zostałem pokochany miłością zaborczą i perwersyjną. Dwa dni temu poczułem się nawet zgwałcony. Poczułem ten szczególny rodzaj miłości jakim gwałciciel kocha swoją ofiarę i pragnie wedrzeć się w ciało będąc przekonanym, że w ten sposób zyska miłość i wierność. Miłość i wierność zdobyta przez upokorzenie i miłość na zabój...

Na dobrą sprawę mógłbym tak zacząć jakąś przyszłą poczytną powieść albo antybaśń o Trefnisiu i Królewnie Gwałcicielce.
Ale to życie...



10:55, robertlotse
Link Komentarze (26) »
sobota, 16 sierpnia 2008
Nie mogę o tej książce powiedzieć nic złego. Widziałem kiedyś film nakręcony na jej podstawie, ale jakoś nie zrobił na mnie wrażenia. Może to skutek tego, że książka choć nie nowa znakomicie wpasowała się w moje obecne nastroje. Idealne czytadło na wakacje, bo na dwustu stronach nie ma cienia nudy - nie ma rozwlekłości charakterystycznej dla sporej części literatury pisanej przez kobiety. No tak, ja jako facet lubię proste przekazy - tasiemcowe opisy kreacji, motywacji i przemyśleń to coś zdecydowanie nie dla mnie.

W "Skazie" Josephine Hart udało się uniknąć tego całego rozmemłania jakie sączy się z wielu "thrillerów psychologicznych", bo ich autorom wydaje się, że gdy wrzucą do garczka 1000 i jednego grzyba otrzymają pyszną zupę. Praktyka jednak pokazuje, że góra grzybów polana garczkiem wywaru to nie zupa...

Josephine Hart - Skaza


Jedyne czego mi w powieści brakowało, to niedostateczne ukazanie pewnej diaboliczności femme fatale i zwierzęcego magnetyzmu jakie musiał poczuć główny bohater, skoro zdecydował się na poniesienie ogromnego ryzyka. Z drugiej strony ta lapidarność ukazania historii jest całkiem na miejscu - skoro my faceci preferujemy te proste przekazy, nawet jeśli w grę wchodzi zwierzęce pożądanie...

Więcej się nad tą książką nie będę rozwodził - szczerze polecam na wakacyjny weekend...

A do tego polecam muzyczkę jak znalazł - stary, dobry taneczno-erotyczny Isaac Hayes ;)


Discover Isaac Hayes!

13:03, robertlotse
Link Komentarze (5) »
środa, 13 sierpnia 2008
Dziś będzie to czego domagał się kandydat Kononowicz...
Czyli nie będzie niczego...
Bo kawa stygnie, życie ucieka, włosy wypadają...
Skoro panta chorei to carpe diem, carpe noctem

Na dodatek korespondencyjna A. zadała mi pytanie z gatunku tych 'fundamentalnych' więc muszę się nad nim zastanowić...
W tej sytuacji najlepsiejsza będzie Agressiva...




11:33, robertlotse
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
No dobra, nie będę owijał w bawełnę że za "Kobiety" wziąłem się ze znudzeniem. Czytałem to lata temu, w okresie kiedy pornograficzne opisy pewnych zachowań były dla mnie bardzo interesujące ;) Było to za czasów jakiegoś schyłkowego Jaruzela kiedy istniała na rynku "literatura powielaczowa". Młode pokolenie pewnie nie zdaje sobie nawet sprawy, że istniał w dziejach polskiego rynku księgarskiego taki okres ;)

Właściwie to mógłbym zacząć i skończyć na tym, że Charles Bukowski to sporego kalibru grafoman. A raczej porno-grafoman niezłego kalibru - brzmi to już inaczej, prawda :)?

Charles Bukowski - Kobiety


Henry Chinaski to ponoć alter ego Bukowskiego - seksoholik, impotent, hulaka, moczymorda, pisarz, hazardzista. W tej właśnie kolejności. Kiedy Bukowski pisze o "chemii" to ma na myśli gorzałę i nikotynę, a nie feromony i oksytocynę. Takie dokładne przeciwieństwo Janusza L. Wiśniewskiego :)

W "Kobietach" Chinaski jest w nieustannej pogoni między kolejnym kieliszkiem, balangą a kolejną próbą ejakulacji. Balangi kończą się awanturami lub kolejnym podbojem, a próby blamażem. Chinaski jak każdy samiec-artysta znajduje oczywiście banalne wytłumaczenie swoich zachowań: Facet potrzebuje wielu kobiet tylko wtedy kiedy żadna z nich nie jest nic warta.

No i na tym w sumie kończy - nie jest się w stanie pokusić choćby o dwa słowa precyzujące czym owa "wartość" miałaby być.

A miłość może ktoś spytać naiwnie... Miłość jest dla gitarzystów, katolików i fanatyków szachów odpowiada Chinaski.

Nie jest jednak tak, że Chinaski uczestniczy w nieustannej orgii - od czasu do czasu stac go na chwilę skromnej autorefleksji i samokrytyczne sądy na temat tego, że eksperymentuje z życiem i duszą innych w poszukiwaniu egoistycznej, tajemnej przyjemności. W chwili trzeźwości Chinaski staje przed nami i mówi wprost: oto ja - Markiz de Sade dla ubogich, wciąż gromadzący materiał do "Miłosnych opowieści hieny".

I mimo tego wszystkiego powiem, że "Kobiety" Bukowskiego świetnie nadają się na wakacyjne, babskie czytadło. Jakaś "Claudia" albo "Pani" powinna ją zaserwować jako gratis miast kapelusza plażowego i olejku do opalania.

Można ją bowiem czytać niemal na wyrywki między grzaniem pupy w słońcu, a grillowaniem łososia. W dzisiejszych czasach język Bukowskiego zaszokuje najwyżej prenumeratorki "Gościa Niedzielnego" - ale nie o język, frazeologię i opisy ekstaz tu chodzi.

Rzadki sposób opisywania przez Bukowskiego życia przekłada się bowiem na znacznie częstszy sposób myślenia nas - tych Płaskich, moje Drogie Obłe.

A tak w nawiązaniu do poprzedniego wpisu... to też stawia mnie na nogi w ponure dni:





I jeszcze długa wersja tylko do sluchania:


Discover David Byrne!
17:59, robertlotse
Link Komentarze (4) »
sobota, 09 sierpnia 2008
Wiadomość od A. była krótka: w niedzielę wyjeżdżam na tydzień na Mazury z siostrą i siostrzeńcem, więc na kilka dni będę odcięta od netu, co mam nadzieję choć trochę Cię zmartwi.

No dobra... uznajmy, że będę trochę zmartwiony. Naprawdę ;)
Na dodatek tymczasowo wyczerpały mi się patenty na poprawianie sobie humoru w deszczowe dni. I to mnie bardziej martwi. Czyżby flaszka, szlugi i płyty przestawały się sprawdzać? Byłoby źle, a nawet bardzo niedobrze...

Choć z drugiej strony ma to jakiś walor motywujący. Myśli tak jakoś łatwiej zaczynają przychodzić do głowy. A w czasie deszczu może łatwiej je będzie przelać na papier...

A oto co ostatnio poprawia mi humor i to nie tylko w ponure deszczowe dni: The Ting Tings. Może trochę w tym eklektycznego kiczu ale tyłek i nogi to się przy tym trochę rusza ;)


Discover The Ting Tings!

12:24, robertlotse
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2
Zakładki:
Bywam
Poczytuję
Podglądam
Samoróbki
Słucham
Varia




eXTReMe Tracker


statystyka