Kategorie: Wszystkie | Dźwiękowo | Filmowo | Książkowo | Myślotok | Notes | Politycznie | Varia
RSS
piątek, 31 lipca 2009
Założenie poniższego wpisu jest takie, że osobą podpisaną pod komentarzem do mojej poprzedniej notki jest Pan Piotr Zaremba - Autor powieści "Romans licealny"


Motto: Tylko boks zbliża ludzi (to za Świetlickim)


Zacznę może od końca, to znaczy od A książka sprzedaje się dobrze.

Ciężko mi to uznać za jakikolwiek argument, niezdrowe jedzenie też się dobrze sprzedaje. Najlepiej jak uznam, że jest to zwykłe zdanie oznajmujące przy wygłaszaniu którego słychać takie lekkie tupnięcie nóżką obutą w papuć ;)

Kolejna kwestia czyli nie przyszło panu do głowy, że autor nie do samego końca ma pełną kontrolę nad własnym dziełem.

Cóż mogę na to rzec... jeśli w czasie korekty i redakcji tekstu jakieś krasnoludki poprawiają na gorsze, to mogę wyrazić tylko zdziwienie. Może to jest kiepskie wydawnictwo? Przeczy jednak temu moje poprzednie książkowe doświadczenie, bo "Doczekaj nowiu" Wojciechowskiego wydane po sąsiedzku w tej samej serii czytało mi się świetnie.

Niestety mam wrażenie, że przyczyna jest prozaiczna - wielkimi krokami zbliżała się okrągła rocznica Czerwca '89, a wydawnictwo ustaliło ostateczny deadline.

Teraz taka moja bardziej ogólna refleksja dotycząca książek. Problem z literaturą polega na tym, że nie jest to medium typu instant. Z filmem sprawa jest prosta - godzina, dwie spędzone w zaciemnionej sali albo we własnym fotelu i finito. Muzyka czy malarstwo to są minuty, a nawet sekundy. Puszczamy sobie "Time" Floyd'ów i po minucie wiemy, że to jest to. Jedno spojrzenie na ścianę w galerii wystarczy, aby wiedzieć w jaki sposób przeżywamy to co tam widzimy.

Pisarz dostaje u czytelnika nieporównywalnie większy kredyt niż reżyser, muzyk czy malarz. Ten kredyt to kilkadziesiąt godzin życia, które musimy poświęcić na przebicie się przez książkę oraz nasze oczekiwanie na emocje. Oczekujemy przy tym, że na jakiejś płaszczyźnie coś zatrybi. Owo trybienie może dotyczyć fabuły, języka czy identyfikacji z emocjonalnością lub poglądami jakiejś postaci.

Czytając oczekuję po prostu próby uwiedzenia. W moim przypadku może to być nawet próba brutalna jak ta Palahniuka w "Opętanych", choć zdecydowanie częściej daję się uwodzić na spokojnie Andermanowi czy Irvingowi.

Jest taki film w którym jego bohater wyraża jednym zdaniem wszystko to, co ja tutaj nieskładnie próbuję opisać. To zdanie pada na końcu poniższego fragmentu.



Shadowlands - we read to know we're not alone from http://scott-riffs.vox.com/


No właśnie. Czytamy, żeby poczuć, że nie jesteśmy sami. Te słowa padające w filmie 'Cienista dolina' to jest po prostu strzał snajpera odpowiadający na pytanie, co takiego zachodzi w procesie przyswajania sobie książki.

Może zresztą trochę wyolbrzymiam i idealizuję to 'przyswajanie' literatury. Bardzo często sprawa jest zwyczajna i banalna, bo jako czytelnik oczekuję, żeby Autor popieścił mnie piórem i językiem przez kilka godzin, za te moje trzydzieści złotych. I chcę żeby to zrobił po prostu dobrze. To był taki żarcik dla rozładowania atmosfery ;)


Po tej dygresji na temat mojego osobistego przyswajania literatury wracam do Pana wpisu. Będę miał z tym pewną trudność, bo nie mam pomysłu jak zbić "argument" zawarty w tym oto zdaniu:

A Paweł Dunin Wąsowicz, facet który kiedyś wylansował Masłowską, zrobił ze mną w "Lampie i iskrze bożej" cały wywiad ekscytując się właśnie poszczególnymi postaciami. Ma gorsze wyczucie literatury niż wy?

No i bądź tu chłopie mądry i odbij zdanie zaczynające się wysokim "A" oraz kończące tupnięciem papucia. Spróbuję tak: Paweł Dunin Wąsowicz to nie Marcel Reich-Ranicki. A nawet gdyby Dunin Wąsowicz był początkującym papieżem polskiej literatury, to na czym polegać ma związek między lansowaniem Masłowskiej, a jego ekscytacją poszczególnymi postaciami w "Romansie licealnym"? Czy fakt, że Dunin Wąsowicz siedem lat temu wylansował jedną Masłowską sprawia, że jest on jakimś nieomylnym guru? Swoją drogą gdyby Dunin Wąsowicz rzeczywiście miał takie znakomite wyczucie literatury, to Masłowska powinna mieć już ze dwie siostry.
A my delektowalibyśmy się jego kolejnymi odkryciami wydając achy i ochy ;)

Proszę zrozumieć, że mnie nie imponują cudze zachwyty, ochy i achy, ja nie jestem reproduktorem cudzych poglądów. A już zachwyty pisane po koleżeńsku przez Mazurka czy Zdorta dziwnie mi się kojarzą z udawanymi orgazmami. I nie jest mi przykro, że nie mam kolekcji gazetowych rubryk "co czytać?", żeby potem błysnąć u cioci na imieninach replikując cudze opinie. Stać mnie na własne, a w przeciwieństwie do lansujących i lansowanych książkę postrzegam jako źródło doznań, a nie źródło dochodu. A od powieści lansowanych wolę te dobrze napisane.

Trudno też przyjąć "argument" wykorzystujący blog pani Darskiej i pana Kamila, ludzi urodzonych już w latach 80-tych. Nie dlatego, że nie szanuję ich opinii. W tym przypadku chodzi bowiem o to, że oni przyjęli Pana powieść na wiarę i odczytali tak było. Wiek uniemożliwia im sfalsyfikowanie czegokolwiek co "Romansie" rozciąga się na płaszczyźnie sentymentalnej.

Sam dostrzegam, że być może zbytnio przyczepiłem się do faktografii "Romansu". Cóż, to Pan sam bardzo dokładnie osadził akcję powieści i rozpisał kalendarz wydarzeń. Ja tylko ten kalendarz weryfikuję ze swoim osobistym doświadczeniem odpowiadając na zarzut jedno czego nie lubię to nierzetelne informacje.

Tamte zdarzenia dość dokładnie zapisały się w mojej pamięci, bo 26 kwietnia 1986 coś grzmotnęło w Czarnobylu. I znakomicie pamiętam to, że 1 maja nie było mnie na żadnym pochodzie. Z bardzo prostego powodu - nikt mi nie kazał tam iść.

Cud pierestrojki jaka zachodziła wkoło polegał m.in. na tym, że na naszych oczach rozgrywały się rzeczy jeszcze przed rokiem niewyobrażalne. W opisywanym przez Pana maju '88 po Placu Czerwonym, sercu niedawnego Imperium Zła spacerował Ronald Reagan - 6 zdjęcie od dołu.

Choć stoi to w sprzeczności z moim osobistym doświadczeniem, to jestem w stanie uznać, że jeszcze w 1987 roku były szkoły którymi rządziły sieroty z PRON'u i partyjni nadgorliwcy.

Według mnie marność tej powieści tkwi w niewykorzystaniu potencjału jaki niesie ze sobą temat. To był czas w którym otaczał nas świat w wersji turbo. W koszu z gazetami leżał jeszcze "Tygodnik powszechny" z cenzorskimi ingerencjami, a już swą premierę miała "Ucieczka z kina 'Wolność'".

Jako uczniowie ogólniaka mieliśmy jeszcze w pamięci świat w którym rok w rok powtarzaliśmy to samo od nowa przy okazji 1 maja, ale na naszych oczach właśnie rozpoczęła się samoodnowa.


Mnie ta powieść razi swoją rozwlekłością i brakiem dynamiki, brak w niej życia. Jeśli to ma być jakiś portret pokolenia to wypadałoby pokazać nie tylko to jak bohaterowie migają się do pochodów. Bo na zadymki 3 maja i 11 listopada licealiści też chadzali.

Daty, fakty i cały entourage to tylko szczegóły. Według mnie "Romans licealny" jest mizerny pod względem literackim. Nie powiedziałbym o tej powieści złego słowa, gdyby udało się Panu opowiedzieć ciekawą historię, która byłaby tylko luźno osadzona gdzieś w okołostołych realiach.

Są filmy które źle się ogląda, są płyty których źle się słucha i są książki które źle się czyta. Dla mnie "Romans" należy właśnie do tej kategorii - tę książkę źle się czyta. W "Romansie" postacie mnożą się, ale jakoś ni chu chu idei.

Ta powieść jest dla mnie nieporadna pod względem narracji. Brak jej spójności, plastyczności, szlifu. Kiedy w połowie powieści główni bohaterowie co kilka stron po raz kolejny wymieniani są z imienia i nazwiska to jest to nienaturalne. Przedzierając się przez taki tekst czuję się trochę jak idiota, któremu ktoś opowiada kolejny odcinek "Klasy na obcasach".

W tej gęstej, serialowej narracji rzeczy ważne i ciekawe giną w gąszczu błahostek i gadulstwa, interesujące akcenty są źle porozkładane. Gdzieś w połowie lektury staje się to po prostu mocno irytujące.

Ta powieść niczym mnie nie uwiodła, przeżyłem tylko przelotny szarpany flirt, po którym pozostanie mi kiepskie wspomnienie. Cóż, może w przeciwieństwie do Pana kolegów wypisujących peany na drugich stronach swoich gazet ja wymagam nie tyle więcej, co inaczej.

Aby jakoś mile zakończyć zamieszczam piosenkę z dedykacją ;)



niedziela, 26 lipca 2009
Zacznę tak: lubię Piotra Zarembę i uważam za jednego z lepszych publicystów i komentatorów ostatnich kilkunastu lat. I to koniec miłych słów. Przynajmniej na dziś.

Niestety o powieści Zaremby "Romans licealny" mogę się wyrażać niemal wyłącznie używając słów na 'k'. Kicha, kaszana, klops. Klapa i katastrofa. To horror, dramat i tragedia. Jak spot Prusakolepu.



Ta książka jest tak fatalna, że aż brak mi słów. Zmagałem się z każdą z prawie pięciuset stron, bo wszystko jest w tej powieści 'nie tak'. Narracja, faktografia, postacie, klimat, język. Wszystkie te elementy są beznadziejne i składają się na beznadziejną całość.

Pastwię się nad tą powieścią z prostego powodu - zdawałem maturę w 1989 roku. I do dziś mam w pamięci dużą część tego co przeżyłem w liceum. Pamiętam tamte rozmowy, obejrzane filmy, język, klimat i nastroje jakimi żyłem.

Akcja powieści rozgrywa się między październikiem 1987 a lipcem 1991. Cztery lata które wstrząsnęły Europą, choć już rok wcześniej wstrząsnął nią Czarnobyl. Świat uczył się wymowy nazwiska Gorbaczow i znaczenia dwóch nowych słów: głasnost i pieriestrojka. Gdy 28 maja 1987 młody Niemiec, Mathiast Rust wdziera się swoją Cessną w przestrzeń powietrzną ZSRR i ląduje na Placu Czerwonym w Moskwie, świat przekonuje się, że trudne słowo Glasnost nie jest frazesem. A my dowiadujemy się, że 'Raid over Moscow' to tylko taka gierka na Atari, Commodore i ZX Spectrum.



Pozostaje nam jedynie satysfakcja z tego, że na lekcjach przysposobienia obronnego możemy starannie obandażować co fajniejsze koleżanki, oddać z kbks'u trzy strzały do tarczy i dzwonić z telefonu polowego. Bandażujemy, strzelamy i dzwonimy śpiewająco. W telefonicznych meldunkach królują wariacje na temat Ela, czemu się nie wcielasz i List z poligonu. Dla nas jesienią '87 Sztuka jest skarpetką kulawego. I nikomu nie wolno się z tego śmiać.

Wiosna i lato 1988 są gorące. Stocznia Gdańska, Nowa Huta, Stalowa Wola, Port Północny - gaz, gaz, gaz na ulicach. Z samego topu trójkowej listy Robert Smith krzyczy swoje Fight! Fight! Fight!. Wszyscy wiemy dlaczego właśnie to jest jeden przebojów tamtych wakacji.



Jesień '88 jest już spokojniejsza. Zamiast tłuc się z zomowcami pod ruskim konsulatem, spieramy się ze sobą o to dlaczego Krótki film o miłości jest lepszy od tego o zabijaniu.



6 stycznia 1989 w stołówce KC PZPR odbywa się spotkanie Leszka Millera i Sławomira Wiatra z przypartyjnymi 'młodzieżówkami' oraz kilkunastoosobową grupą działaczy Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Wśród nich jest Piotr Skwieciński i Marcin Meller. Obszerne fragmenty pokazuje TVP jako propagandową przygrywkę do Okrągłego Stołu.

Od tygodnia obowiązuje 'ustawa Wilczka'. Gdy tylko zrobi się cieplej to niejako na mocy właśnie tej ustawy przy ulicach, skwerach i bazarkach zakwitną łóżka polowe i szczęki. Z każdego wolnego kawałka muru śmieszą i straszą szyldy, bo billboardów jeszcze nie ma. 'Ciuchimpex' walczy ze 'Szmatexem', a w garażu ma swą siedzibę 'Zbych Trading International'.

Na lekcjach historii już możemy usłyszeć o Lwowskich Orlętach i siedemnastym września 1939. Jako wypracowanie z polskiego mamy napisać recenzję filmu "Dreszcze". Zamiast rozmawiać o generałach wolimi słuchać o półkownikach.

W lipcu 1989 Tomek Lipiński śpiewa swoje prorocze jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Najbardziej znanym polskim finansistą staje się Lech Grobelny. W rytmie Lambady enerdowcy wieją swoimi trabantami od Honeckera do Mazowieckiego, a "Trybuna Ludu" informuje o proteście NRD przeciwko ingerencji w jej sprawy.

Jesień '89 to upadek symboli. 9 listopada upada mur w Berlinie, a tydzień później pomnik krwawego Feliksa w Warszawie. Bono i U2 przybywają do Berlina gdzie w studiu z widokiem na zwalony mur zaczyna powstawać materiał na "Achtung Baby". Za dwa lata, 19 listopada 1991 świat usłyszy ten album, a enerdowskie trabanty będą jednym z symboli trasy Zoo TV. Płyta rozpoczyna się od "ZOO Station" - to ten sam 'Dworzec Zoo' o jakim tak niedawno czytaliśmy pod ławką w książce Christiane F.



Gwiazdkę '89 w świątecznym programie TVP wypełniają zdjęcia z obalenia rumuńskiego satrapy, a w połowie stycznia '90 z krakowskiego Kopca Kościuszki zaczyna nadawać RMF. Warszawska Zetka potrzebuje jeszcze symbolicznych dziewięciu miesięcy, żeby się urodzić.

Ostatnie dni stycznia 1990 przynoszą koniec PZPR - z Sali Kongresowej oblężonego Pałacu Kultury i Nauki Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji wyprowadzają partyjny sztandar.

Ostatni zjazd PZPR 29.01.1990


A my gdzieś podskórnie czujemy, że jesteśmy jacyś inni. Inni niż nasi rodzice, nawet inni niż odrobinę starsze rodzeństwo. Za kilkanaście lat ktoś nas nazwie generacją wielkiej zmiany, a ktoś inny nakręci film 'Pokolenie 89'.




Dlaczego powieść "Romans licealny" Piotra Zaremby jest książką wręcz fatalną?

Bo od pierwszej do ostatniej strony czuje się, że powstała na kolanie. Nie chodzi nawet o to, że nie ma w niej tych zdarzeń jakie opisałem powyżej. Ta książka po prostu nie niesie żadnych emocji. Zaremba jakby się uparł, aby jego bohaterowie ględzili o niczym. Owszem, padają gdzieś słowa o Okrągłym Stole, Tymińskim, strajkach. Ale bohaterowie tej powieści żyją jakimś wewnętrznym, szkolnym rytmem. Jakby zostali uwięzieni w szkolnym akwarium i stamtąd spoglądali na świat.

Piotr Zaremba - Romans licealny


W swojej debiutanckiej powieści Zaremba poległ nie tylko jako prozaik, ale także historyk i obserwator życia. Warszawskich licealistów zabrakło zarówno pod Pałacem Kultury gdy rozwiązywano PZPR, jak i przy bazarowych szczękach gdy pomagają rodzicom. Nie jadą też do Berlina Zachodniego gdzie stoi Polak co drugi chodnik. Bohaterowie Zaremby nie tylko nie są 'pokoleniem MTV' - oni nawet nie oglądają trzecich i czwartych kopii filmów Chuckiem Norris'em na VHS'ach.

Autor chyba sam nie wiedział czy bardziej skupić się na uczniach czy ich nauczycielach. Postanowił opisać jednych i drugich, postacie mnożą się w nieskończoność, a czytelnik zwyczajnie się gubi. Gorsze jest to, że niemal każda z tych postaci jest bezbarwna. Warszawscy licealiści zostali przedstawieni jako ludzie bez pasji, bez większych zainteresowań. Ba, nie mają nawet żadnych konfliktów z rodzicami. Po prostu żyją sobie i dorastają bez żadnego szerszego kontekstu.

Na dodatek powieść napisana jest po prostu niechlujnie. Narracja jest chaotyczna i poszarpana. Luźno połączone fragmenty nie stanowią wciągającej całości. Autor pogubił się nawet w sferze pojęciowej nazywając rozruchy i zadymy z ZOMO... manifami. O bałaganie narracyjnym może świadczyć kompromitująca wręcz errata dołączona do części nakładu z której wynika, że chyba samemu autorowi momentami mylili się bohaterowie. Nie ma tu też za grosz polotu, finezji czy zwykłego poczucia humoru. Tytułowego romansu też w zasadzie nie ma.

Jest dla mnie zagadką, dlaczego błyskotliwy publicysta i komentator postanowił mnie zamęczyć i zanudzić. Na koniec mogę więc napisać tylko jedno: niestety stanowczo odradzam.


wtorek, 21 lipca 2009
W ramach nadrabiania zaległości trafiłem m.in. na etiudę "Galerianki". Etiuda jak etiuda - wiele wymagać nie można.

Katarzyna Rosłaniec pokazuje światek galerii handlowych po których szwendają się nastoletnie panienki kupcząc swym młodym ciałem. Nihil novi, dwadzieścia lat temu jedną z moich ulubionych piosenek była ta, w której Róże Europy śpiewały o tym, że dziewczyna skłonna jest się czasem oddać za hokejówki lub amerykański opiekacz.







Oglądając "Galerianki" trochę mnie tylko zdziwiło to, że ktoś kto się opiekuje kręceniem takiej etiudy pozwala na to, aby wszystko było tak przeraźliwie banalne i łopatologiczne. Frustracja związana z posiadaniem starej komóry staje się główną przyczyną decyzji o pozbyciu się cnoty. No można i tak. Tyle, że w ten sposób przedstawiany świat stanie się już niedługo zupełnie płaski.

Zastanawiam się dlaczego na etapie wypuszczania z gniazda młodych reżyserów nikomu nie zależy na tym, żeby ich jednak nieco zbuntować. Moim zdaniem taki materiał może ukręcić ktoś, kto startuje do filmówki, a nie właśnie ją kończy. Jak na moje oko w "Galeriankach" brakuje jakiegokolwiek zastanowienia nad anatomią zjawiska. Jest tylko banalna recepta na frustrację: nie masz jakiegoś gadżetu, znajdź sponsora i po kłopocie - mówisz i masz.

Jeśli ludzie opuszczający filmówkę już teraz operują takimi kliszami, to strach się bać jak polskie filmy będą wyglądały za 10 lat.

Nie chce mi się akurat tutaj snuć teorii spiskowej na temat tego, że jeśli używając różnych mediów wystarczająco często będzie się pokazywać patologię, nie komentując tego w żaden sposób, to owa patologia w świadomości bezrefleksyjnych widzów staje się normą. Nie chce mi się dywagować, ile kamyczków można wrzucić do ogródka kolorowych pisemek i szmirowatej telewizji, dzięki której różowa lala z jednorożcem staje się osobowością.

Najbardziej żenujące jest dla mnie to, że 'opieką artystyczną' nad takimi etiudami sprawują ludzie chałturzący sitcomami - w tym przypadku Maciej Ślesicki.

Pozostając przy sponsorach i pieniądzach. W 'Dużym Formacie' z ubiegłego tygodnia wpadł mi w oko wywiad z Robertem Kawałko, fundraiserem. Artykuł "Poproś 12 razy" otwiera taki oto fragment:

- Wie pan, że Zygmunt Solorz-Żak dał w zeszłym roku klinice kardiologicznej w Monachium 100 mln euro jednorazowej darowizny?
- 100 milionów euro? Można za to zbudować stadion!
- Nie tylko pan jest zaskoczony. W zeszłym roku dostałem maila od szefowej Europejskiego Stowarzyszenia Fundraisingu o treści: "O co chodzi?". Okazało się, że jeden polski kardiochirurg przeprowadził się do Monachium, a jego pacjenci przekonali Zygmunta Solorza-Żaka, żeby wsparł szpital taką darowizną, by stworzyć mu najlepsze warunki do pracy. Pieniądze poszły za lekarzem. To chyba największa darowizna w historii Polski.


Nie boli mnie co Solorz-Żak robi ze swoimi prywatnymi pieniędzmi. Nie boli mnie, że polski kardiochirurg przeprowadza się do Monachium, bo tam mu się będzie lepiej żyło.

Wstrząsające jest natomiast to, że to urzędniczo-nomenklaturowe państwo jest tak bierne i nieudolne. Przez najbliższe dni wałkowany będzie temat pokracznych blaszaków w centrum Warszawy i jakiegoś trzeciorzędnego, urlopowanego ministra. O tym, że z Polski ucieka ogromny kapitał ludzki i finansowy dowiedzieć się można niejako przez przypadek.
15:30, robertlotse , Notes
Link Komentarze (20) »
piątek, 17 lipca 2009
Oto trochę wody dla ochłody :)

Pierwszy raz z grupą Shriekback spotkałem się jakieś 20 lat temu będąc na wakacyjnym wypadzie nad Morze Północne (to było pierwsze morze jakie w życiu zobaczyłem ;). Ponieważ w Niemczech lato to nie tylko sezon urlopowo-ibizowy, ale także sezon Flohmarkt'ów więc trudno było, żebym na takowy pchli targ nie trafił.

Na jednym ze stoisk trzy pokolenia Müller'ów czy innych Fischer'ów próbowały pozbyć się całych pudeł różnych ciuchów, gratów i innych przydasiów. Mieli też całe kartony płytowego barachła - głównie był to Karel Gott, Engelbert Humperdinck i bajki dla dzieci na winylach ;) Ale jedna okładka jakoś do całości nie pasowała...


Shriekback - Big Night Music


Na pytanie was ist das? usłyszałem od punkowo-cure'owatej nastolatki krótkie i romantyczne ein halb Gothik, ein halb New-beat. Ciekawe połączenie, myślę ;)
No dobra, zaryzykuję, zainwestuję - cena 1 DM więc ujdzie ;)

Oczywiście w domu po wrzuceniu płyty na talerz Plattenspieler'a poczułem się rozczarowany, bo ani tu gotyku, ani nju-bitu. Mówi się trudno i słucha się dalej czegoś co bardziej podpada pod new-wave i synth-pop. W końcu ma to być Big Night Music, a chłopaki grają nawet przyzwoicie ;)

Odsłuchałem pierwszą stronę, przekładam płytę na stronę B, siadam na fotelu i... szok.
No szok, po prostu! Wiem, wiem - przesadzam, bo to są trudne do opisania wrażenia emocjonalno-estetyczne. Ale to jest to 'mrowienie' jakie się czuje, kiedy gdzieś z otchłani głośników płyną do nas dźwięki na które całe życie czekaliśmy.

To jest to zdziwienie związane z tym, że te dźwięki są w sumie takie proste, ale mimo całej swej prostoty jeszcze ich w naszym życiu nigdy nie było. Przynajmniej ja to często tak odbieram :) I obojętnie czy jest to "Clean" Depeche Mode czy "De Profundis" otwierające "Spleen And Ideal" Dead Can Dance - te dźwięki zapadają mi w pamięć.

Dwa świetne nagrania grupy: "This Big Hush" i "Evaporation" zostały wykorzystane w filmie Manhunter Michaela Mann'a z 1986 roku, który był pierwszą filmową adaptacją trylogii o Hannibalu Lecterze.

"Underwaterboys" to nie żadne specjalne odkrycie, takich nagrań całe tysiące krążą teraz po różnych serwisach z muzyką on-line. Większości pewnie nigdy nie usłyszę. Ale jak widać na kimś jeszcze musiało zrobić podobne wrażenie, bo poświęcił trochę czasu żeby zrobić do niego klipka i wrzucić do YouTube'a. I chwała mu za to ;)



13:29, robertlotse , Dźwiękowo
Link Komentarze (7) »
środa, 15 lipca 2009
Na początek ilustracja muzyczna do recenzyjki, a co :) Let the music play!


Ta powieść wpadła mi do rąk przypadkiem, ot po prostu stała na półce w bibliotece obok czegoś czego szukałem. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby ją wziąć do ręki, bo raczej staram się unikać gatunku political fiction made in Poland. "Noblista" Marcina Wolskiego i "Lider" Łysiaka to powieści, dzięki którym zmarnowałem trochę czasu, próbując uchwycić o co autorom właściwie chodzi. Wolski i Łysiak zanudzili mnie niemal na śmierć. Uff...

"Doczekaj nowiu" Wojciechowskiego to powieść rzadko spotykana, bo jej oniryczność pasuje do political fiction jak krawat do pływackiego czepka. Ale tylko z pozoru ;)

Piotr Wojciechowski - Doczekaj nowiu


Kobieta na usługach służb specjalnych to temat z długą tradycją, dość przypomnieć Nikitę Besson'a lub sięgnąć do bardziej realnej historii Anny Jaruckiej ;)

Bo choć akcja powieści rozgrywa się przynajmniej na trzech płaszczyznach, to właśnie wątek Ludki Sobieskiej aka Ludmiły Godunowej jest wątkiem wiodącym. Historia Ludki jest w sumie banalna. Oto bowiem młoda dziewczyna wikła się w romans z sektą, ten zaś staje się początkiem romansu ze "służbami".

Jako trzeci do pary dochodzi jeszcze romans damsko-męski. Romans to jednak niepospolity, bo pierwiastkiem męskim jest pretendent do tronu Rosji. Tak, tak - nasza dzielna Ludmiłka romansuje z księciem Dymitrem Romanowem, potencjalnym Carem...

Że to niby już przesada? No pewnie, że przesada ;) Ale tutaj właśnie ujawnia się najmocniejsza strona "Doczekaj nowiu". Wojciechowski opisał to wszystko w taki sposób, że irracjonalność i nierealność schodzi na drugi plan.

Na pierwszym planie mamy kolaż roztańczonych emocji młodej dziewczyny. Ludka Sobieska wyrwana, a ściślej mówiąc wykupiona przez "służby" z aśramu, ląduje na specjalistycznym szkoleniu. Ale autor nie babrze się w opisywaniu detali, skupia się na doznaniach osoby, która próbuje rozeznać co jest prowokacją i manipulacją, kto przyjaciel, a kto wróg. Na podstawie narracji Ludki możemy wnioskować, na czym polega czołganie i zakładanie krótkiej smyczy na jakiej później chodzi osoba zwerbowana przez "służby".

Są w tej powieści oczywiście i inne wątki, całkiem bogate i równie dobrze opisane, chodzi wszak o restaurację Imperium ;) Jest jeszcze cień starej choć młodzieńczej miłości Ludmiły i pewnego kadeta. Akcja powieści stąpa niespiesznie i rozkręca się miarowo, bo język jakiego używa Wojciechowski jest z gatunku tych smacznych. Intuicyjnie jednak czujemy, że cała ta bajka musi mieć jakieś bajkowe zakończenie. No i ma. I to niejedno ;)

Tu muszę przyznać, że miałem głupią minę czytając ostatnie strony powieści, bo trochę się tym niejednym zakończeniem wykpił ten nasz Opowiadacz. Nie powiem, żebym czuł się rozczarowany - co to, to nie. Spodziewałem się jakiegoś 'szast prast' i dostałem. Tyle, że to 'szast prast' jest lekko zamglone i zaśnieżone oniryczną, arktyczną zawieruchą. I jakby rozdzielone na dwa głosy. Są w końcówce momenty, gdy nie do końca wiemy czy to jeszcze świadoma narracja bohaterki czy może już jakiś sen. No ale dobre i to ;)

Książkę polecam, choćby dlatego, że z takim językiem nieczęsto się można spotkać w powieściach ostatnio u nas wydawanych. Jest w tej książce pewna melancholia i nostalgia, dzięki czemu political fiction ląduje na odległym planie. I bardzo dobrze.

Jeszcze tylko Yello na pa pa i już mnie tu nie ma ;))


15:23, robertlotse , Książkowo
Link Komentarze (8) »
wtorek, 14 lipca 2009
Piętnaście lat ma to nagranie, ukazało się w sierpniu 1994 roku i przemknęło przez anteny nielicznych radiostacji. Cóż, mówi się trudno - świat nucił wtedy "Paris, Paris" duetu Malcolm McLaren & Catherine Deneuve i "7 Seconds" Neneh Cherry & Youssou N'Dour'a.

Jak widać "Interlude" zaśpiewane przez Morrisseya i Siouxsie nie nadawało się na przebój lata, choć klimatem, emocjonalnością i namiętnością rozkłada tamte pioseneczki na łopatki.
I pomyśleć, że to taki produkt uboczny z sesji nagraniowej albumu "Vauxhall and I" pana M. Muszę przy okazji dodać, że sam Morrissey nigdy nie był bohaterem mojego Teleranka, ale przynajmniej trzem utworom w których go słychać, można dać nalepkę "Brilliant!". Oprócz "How soon is now?" ze Smiths'ami i "Moon river" nalepka należy się właśnie "Interlude".

Morrissey & Siouxsie - Interlude [cover 1994]


Sama piosenka jest znacznie starsza, została napisana w 1968 roku do filmu pod takim samym tytułem - Interulde, a zaśpiewała ją Timi Yuro, gwiazda białego soulu, który anglosasi nazwali Blue-eyed Soul ;)

I to by było tyle na dziś, zostawiam Was z nieco mrocznym klipem do tej piosenki, ale niestety tylko taki wygrzebał się z internetowej otchłani...



Lyrics | Interlude lyrics

piątek, 10 lipca 2009
Przysłowie przyszło mi do głowy gdy byłem dziś z wizytą u znajomego doktora ;)

Brzmi ono: nie lecz się tak, bo będziesz chory

Nie wierzycie mi? To idźcie do lekarza :)

Uff... piątek, piątek - weekendu początek więc jadę w dziką dzicz aby nieco zdziczeć pojadając kiełbaski z dzika :)

A Was zostawiam z uroczą Candie Payne - niech Wam ta muzyczka lekką będzie przez te dni.
Na profilu Candie w Myspace znajdziecie kilka jej demówek :)

18:36, robertlotse , Varia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 09 lipca 2009
Ech dziennikarze, dziennikarze...
Wam kozy pasać i kury macać, a nie w gazetach pisać o skandalach :)


Pozwoliłem sobie zacząć od drobnej złośliwości, bo humor dziś znów nie dopisał.
Co ja tu czytam: Skandal w ambasadzie Egiptu w Polsce: ambasador aresztowany.
No nieźle... może kręcili jakieś porno wielbłądami? Egipt i Polska to takie dwa święte kraje, że takie wszeteczeństwo żadną miarą nie ujdzie. Czytam więc dalej:

Dwóch pracowników kancelarii prawnej, 42-letni Jacek M. i 29-letni Tomasz C., zostało wczoraj zatrzymanych pod zarzutem spowodowania strat podczas handlu gruntem na wysokość 1,5 mln euro - poinformowała Komenda Stołeczna Policji.
W wyniku jej śledztwa także ambasador Egiptu w Polsce został aresztowany.


No dobra, niech już będzie, że to jest jakiś wielki skandal - taniej kupić i drożej sprzedać. A zwłaszcza Arabom ;) No ale czytajmy dalej:

Zaczęło się, gdy ambasada Egiptu wynajęła kancelarię prawną, żeby kupiła działkę pod budowę nowej siedziby. Dwaj zatrzymani znaleźli grunt, który kupili na podstawione osoby, a następnie odsprzedali ambasadzie za znacznie zawyżoną cenę. [...] Według policji wszystko odbyło się w taki sposób, że ambasada straciła około 1,5 mln euro na transakcji - taka była różnica między zapłaconą przez nią ceną, a faktyczną sumą, jaką za działkę zapłaciła wynajęta kancelaria. [...]
W ocenie KSP cała operacja odbywała się za wiedzą i zgodą ambasadora Egiptu w Polsce, który po zakończeniu całej transakcji miał od Jacka M. przyjąć milion złotych łapówki.


No dobra, ale co z tego 'skandalu' wynika?? Wynika to mianowicie, że:
- można zostać aresztowanym, za to że się tanio kupi i drożej sprzeda.
- polska policja i służby specjalne strzegą interesów gospodarczych innych państw.
- całkiem spore państwo jakim jest Egipt, nie ma służb specjalnych i audytorów, którzy w jeden dzień mogliby sprawdzić, ile kosztuje działka budowlana w Warszawie.

Tylko jeszcze pytanie: czy trzeba przez ponad rok prowadzić tajną operację, angażować siły i środki, żeby pomóc obcemu państwu przymknąć jednego, drobnego cwaniaczka, który postanowił dorobić sobie do ambasadorskiej pensyjki sto tysięcy dolców?? Czy nie wystarczy wysłać polskiego ambasadora w Kairze na jakieś spotkanie, gdzie dyskretnie przekaże on komu trzeba prostą, banalną prawdę: Wasz człowiek w Warszawie robi Was w bambuko... wyszłoby taniej...

Dlaczego to polski podatnik ma płacić za to, że Egipt nie ma jakiegoś wydziału ds. przestępczości zorganizowanej?? Uff...


No dobra, skoro już o milionach mowa - stary dobry Clan Of Xymox - A Million Things. Milion zupełnie innych rzeczy ;)





13:33, robertlotse , Varia
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 06 lipca 2009
Jeżeli coś zaczęło się źle, to jak się może skończyć? Jeszcze gorzej??
To w takim razie ja bardzo dziękuję, ja sobie dziś postoję, ja sobie dziś poleżę.
Poczytam książeczki, posłucham muzyczki...

Może jakieś Żywoty Świętych wezmę na tapetę? To może na początek coś o Świętym Bez Kiszki. Będzie jak znalazł, bo życie bywa równie obrzydliwe jak flaki wyssane z pupska przez pompę w basenie...


Już prawie wkleiłem Blue Monday w wykonaniu Nouvelle Vague, ale ostatecznie zmieniłem zdanie. Zagrają cover "Fade to Grey" starego Visage - bo i woda tam szumi i ptaszki śpiewają. I ktoś dolepił do piosenki lico ładnej panny ;)
Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie...



15:02, robertlotse , Varia
Link Komentarze (15) »
sobota, 04 lipca 2009
Gorąc ale idziemy na zakupy. Trudno, mus to mus.
No może raczej N. idzie, ja towarzyszę. Jedyna nadzieja w tym, że będzie jak ostatnim razem - nie te kolory, nie te rozmiary i po cholerę ta falbana !?

Łażę więc od HaeM do CiA i z powrotem :)
N szuka tylko kapelusika i jakiejś bluzeczki - pociecha w tym, że weryfikuje potencjalne zakupy z szybkością karabinu maszynowego. Zła długość... co za kolor, bleee.... po cholerę tu ten szlaczek?

W sklepie z szybami zamalowanymi na czarno N znajduje wreszcie coś godnego uwagi. Nie jest to ani kapelusik ani bluzeczka, tylko ojakiefajne spodenki! Procedura wymaga przymiarki, więc czekamy w przymierzalni...

Sześć kabin, przed nami dwie Lalunie, Pat i Pataszon. Opalenizna a la krwisty boczek, wielgachne okulary nie pozwalają dostrzec głębi spojrzeń. Zresztą w sklepie ciemno bo szyby zamalowane :)

Zwalniają się dwie kabiny, Lalunie do jednej, my do drugiej. Po sąsiedzku ;) Rozpoczyna się procedura przymierzania spodenek. Może ja też? - pytam. No to dawaj - pada odpowiedź. Żartowałem - cofam się rakiem. No dawaj, dawaj - figlują diabliki w oczach N.

Stop... zza ścianki dochodzą jakieś głosy. Aaa... Lalunie też mierzą spodenki:

- Fajne?
- Yhhmm...
- Lepsze białe czy żółte?
- Biały jest bardziej sexi
- Co z tego kurfa, że jest sexi skoro nie wyszczupla?
- Yhhmm...
- No patrz, kurfa, dupa jak czołg, co nie?

Nasze diabliki wybuchają śmiechem, bo jak inaczej reagować na takie dictum ;)?

- Chyba śmieją się z ciebie
- Dupa jak szalupa w tych białych, co nie?
- To bierz żółte i idziemy bo tu śmierdzi
- Do żółtego to muchy lecom...

Nie chce nam się słuchać co będzie dalej, zabieramy ojakiefajne spodenki! i spadamy. Bo rzeczywiście czymś śmierdzi ;)

A nastrój mam dzisiaj bojowy - może Limp Bizkit :)?



13:40, robertlotse , Varia
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2
Zakładki:
Bywam
Poczytuję
Podglądam
Samoróbki
Słucham
Varia




eXTReMe Tracker


statystyka