Kategorie: Wszystkie | Dźwiękowo | Filmowo | Książkowo | Myślotok | Notes | Politycznie | Varia
RSS
czwartek, 20 maja 2010
Już pisząc o salonowej hecy związanej z paleniem zniczy 9 maja miałem wpleść wątek książki "Opowieść o końcu śwuiata" ale doszedłem do wniosku, że jednak nie warto bo zbyt wiele fajnych rzeczy umknie i przepadnie.

Z kolei długie gapienie się na zjawiskowe pinie odmalowane przez Trusza spowodowało pewne zagapienie, więc pora nadrobić zaległości.

Mam w rękach książkę, której pełny tytuł brzmi "Franciszka Starowieyskiego opowieść o końcu świata - pisała Krystyna Uniechowska", wydaną w 1994 roku.



Cudowna to opowiastka - nostalgiczna, melancholijna i niestety zasmucająca. Starowieyski opowiada tu świecie swojego dzieciństwa i dorastania, który na jego oczach został bezpowrotnie zniszczony.

Używając pięknego, zabytkowego języka artysta opisuje nastroje odchodzących bezpowrotnie czasów. Tych czasów kiedy dom przed zimą należało ogacić, a najlepiej do ogacania nadawały się liście dębowe. W tym celu wokół całego dworu wbijano na wysokość metra liczne paliki, a przestrzeń miedzy nimi a ścianą upychano liśćmi tworząc 'liściastą kołdrę'.

Niestety, jak to w życiu bywa - często od przypadkowo zaprószonego ognia wybuchał pożar. I ta paliły się całe dwory razem z rodowymi pamiątkami i całą swoją historią. Radziło się, gaciło się, spaliło się - podsumowuje Starowieyski.

Swoje dorastanie w rodzinnym dworze w Siedliskach postrzega jako życie w starannie poukładanym i posegregowanym świecie, gdzie nad całym porządkiem pieczę sprawował majordomus, a wypielęgnowany klomb przed dworem był rzeczą niemal świętą.

To właśnie w tym świecie, a ściślej w jakiejś komórce pod schodami panicz Franciszek po raz pierwszy zetknął się ze sztuką. Odkrył pierwsze swoje zafascynowanie twórczością Felicjana Ropsa, belgijskiego malarza, grafika, obrazoburcy i pornografa.

Félicien Rops - Pornokrates (1878)




Wyobrażacie sobie chyba, cóż to musiało być za wydarzenie w życiu panicza, gdy w jego ręce wpadł album z rysunkami Ropsa ;) I to album unikatowy, wydany najdroższą i najdoskonalszą techniką drukarską jaką jest heliograwiura.

Félicien Rops - Le Mannequin




Oczywiście są też w tej książce inne barwne wątki, jak ten dotyczący zainteresowań techniczno-saperskich dorastającego Franka. Jedną z jego najcenniejszych "zdobyczy wojennych" był bowiem przewodnik po minach, nabojach i pociskach używanych przez różne armie. Możecie się tylko domyślać, że w rękach uzdolnionego manualnie nastolatka taka książka to wspaniały podręcznik sapera-eksperymentatora ;)

I tak toczy się ta opowieść w której sielski krajobraz jak z pejzaży Trusza, zostaje przeorany przez wojskowe tabory i zmieniające się linie frontu. Przeorana zostaje także ludzka psychika. Cudowne przedmioty ocalone przed żołdacką grabieżą zostają często sprzedane przez biedniejących z dnia na dzień arystokratów.

Starowieyski wspomina jeden z symbolicznych momentów, gdy na wypielęgnowany i święty klomb przed rodzinnym dworem wjeżdża tabor sowieckiej armii prącej na zachód za Niemcem. Rodzinna świętość zostaje dosłownie zdeptana buciorami politruków, którzy przywożą ze sobą "nowy porządek" - ten cały cholerny bolszewizm.

Kończę, bo nie chcę nikomu odbierać przyjemności czytania, o ile w antykwariacie czy bibliotece uda Wam się znaleźć tą skromną książeczkę - gorąco polecam!

+ Wirtualne muzeum MuseeRops.be Felicjana Ropsa
+ Zbiór grafik z tagiem "Rops" w zbiorach Wikimedii
niedziela, 16 maja 2010
Łomamo... ale się porypało...

Jestem sobie na tej swojej emigracji wewnętrznej. Słucham Tindersticks, i gapię się na piękny pejzażyk Iwana Trusza - oryginał, olej na tekturze, który postawiłem na stole obok puszki "Harnasia". Niestety z tej parki tylko piwko jest moją własnością...

Iwan Trusz - Pinie (1938), olej na tekturze, kolekcja prywatna




Od czasu do czasu, jakby z innej czasoprzestrzeni docierają do mnie różne dziwne bodźce...

to jest wojna domowa, to jest wojna o wszystko... nazbyt często charyzmę mają psychopaci... to jest człowiek, który ma doświadczenie w hodowli zwierząt futerkowych, nie ma doświadczenia w byciu ojcem czegokolwiek i czyimkolwiek...

O kurcze... czyżbym się aż tak naprał jednym piwkiem, że takie głosy słyszę? No to nieźle...

Ale nie, to jednak nie piwko. Przedstawiciele tego komitetu, zwanego chyba dla żartu "honorowym" całkiem na trzeźwo gadają o przyjaciołach z TVN, psychopatach i zwierzętach futerkowych.

Jeszcze dwa tygodnie temu z tej samej strony słyszałem, że "chcemy merytorycznej debaty". Czyżby to była ona?

Reżyser "Kanału" ogłosił kolejną wojnę - już nawet nie na górze ale o wszystko... Bartoszewski, aż nazbyt często ale nie wiadomo czemu zwany "profesorem" wciela się w tego Palikota, który umarł wraz Lechem Kaczyńskim...

- Ludzie litości... czy jest na sali jakiś lekarz?
- Bogdan Klich jest psychiatrą - odpowiedział z puszki harnaś


Marszałkowi Komorowskiemu gratuluję nowego szalika...
sobota, 15 maja 2010
Przynajmniej jeśli chodzi o obrazki to Google bywa głupi jak but.

Jakbym sobie zdjęć nie otagował, to on i tak wie swoje i rozpowszechnia głupoty. Razu pewnego popełniłem wpis 'pieski dwa' gdzie na fotkach uroczo pozują dwa owczarki węgierskie, jak potem wynikło z komentarzy przypominające mopy.

Przed momentem ze zdziwieniem zauważyłem, że jakiegoś Miłego Gościa (chyba z Bytomia zresztą ;) przygnało na mój blog z googla, do którego to googla wrzucił hasło "psy wyglądające jak mopy". No i dobrze, tak powinno być...

Tylko czemu w serwisie Images.Google.com te "moje mopy" podpisane są jako pochodzące z archiwum Agnieszki Osieckiej ????

dwa owczarki węgierskie, których zdjęcie omyłkowo zaklasyfikowane zostało przez Google'a jako pochodzące z archiwum Agnieszki Osieckiej ;)



21:45, robertlotse , Notes
Link Komentarze (6) »
piątek, 14 maja 2010
No wreszcie!
Nareszcie doczekałem się jakiejś rzeczowej, merytorycznej opinii ze strony "facetów PO".

Oto bowiem "drugi po Niesiołowskim", czyli Kazimierz Kutz - znany i szanowany "facet PO", w najlepszym czasie antenowym przedstawił kilka fachowych uwag tak oto napominając Elżbietę Jakubiak:

To są maniery Mao Tse-Tunga - kandydat na prezydenta w czerniach, pani też cały czas w żałobie. Ja myślałem, że jestem w mauzoleum Lenina. To co robi teraz PiS, to czarna propaganda. Robi się z tego czarna komedia. W ten sposób się nie da wygrać w wyborach

Straszne musi być życie sztabowca w trakcie przyspieszonej kampanii wyborczej. Czego byś nie wymyślił to będzie źle albo jeszcze gorzej. Rozdasz kartki z parą prezydencką w tonacji noir - bezczelnie zawłaszczasz żałobę. Postawisz w tle kandydata jakieś pianinko - tragedia. Ubierzesz się na czarno - robisz z siebie Mao Tse-Tunga.

No dobra - przyjmijmy, że jestem w stanie zaakceptować ten niesmak na widok czerni u faceta, który twierdzi, że "trzeba mieć takie dobre piórko w dupie". Tyle, że jeszcze miesiąc temu ten sam Kazimierz Kutz napominał maluczkich: rozmiar tragedii jest tak wielki, że wszyscy powinniśmy wziąć prawdziwą lekcję, której tak często brakuje, jeśli chodzi o obyczaje, [...] żeby godnie przeżyć tę traumę

No i mamy te prawdziwe lekcje, których tak często brakuje, jeśli chodzi o obyczaje...

W innym miejscu tego dyskursu Kutz zarzucał Jakubiak: "To są truizmy. Pani cały czas mówi hasłami, nic nie usłyszałem co proponujecie społeczeństwu". Tak też oczywiście można, ale wejdźmy na blog trzeciego harcownika PO, tego speca od małpek i penisów. A tutaj mamy taki cymesik z dnia wczorajszego:

Bronisław Komorowski jako przyszły prezydent będzie gwarantem postępu cywilizacyjnego Polski. Najnowocześniejszego projektu w polskiej, powojennej polityce. Projektu, który może zakorzenić Polskę w zachodnioeuropejskiej jakości życia.

I bądź tu Polaku mądry i rozróżnij te dobre truizmy od tych złych.

Rząd Donalda Tuska istnieje już 30 miesięcy. Ile zmieniło się przez ten czas? Jakie to zaszły ważne zdarzenia na drodze tego naszego postępu cywilizacyjnego?

Owszem, może jednemu Sobiesiakowi załatwiacz Rosół pomógł w sfinalizowaniu budowy wyciągu w Zieleńcu - pamiętacie "my załatwiliśmy ci wycinkę, ale śniegu ci nie załatwimy" ?
Ale gdzie cała reszta galopujących zmian cywilizacyjnych ?

Inny przykład: chyba tylko dzięki presji kilku środowisk naukowych oraz związanych z Internetem, udało się pohamować zapędy rządu Tuska aby na mocy ustawy wprowadzić narzędzia prawne pozwalające różnym służbom filtrować treści obecne w Sieci. Mielibyśmy wtedy Internet na wzór chiński. Jeśli ktoś nie słyszał o tej sprawie - odsyłam do strony Goohle.pl.

Aż strach się bać tego najnowocześniejszego projektu, gdy już cała władza trafi w ręce wsi...

Bronisław Komorowski - kandydat wsi - Wybory 2010


poniedziałek, 10 maja 2010
W poprzednim wpisie zawarłem swoją uwagę na temat pewnej pomroczności jaka rozwija się w kręgach publicystycznych i tych chórkach głosików jakie odzywają się po różnych salonikach polemizując, przedrzeźniając i mądrze prawiąc.

Teraz taki maluchny corpusik delicti ukazujący jak to dwaj dżentelmeni z pierwszej ligi publicystów, poklepując się po pleckach w 24 godziny są w stanie "przyprawić gębę" jednej pani.

Sprawa zaczyna się banalnie - od czterech zdań (dosłownie!) jakie śmiała napisać pani profesor Jadwiga Staniszkis w krótkim komentarzu dla Wirtualnej Polski.

Staniszkis napisała:

Powrót "Gazety Wyborczej" do konfrontacyjnej strategii i jątrzenia w sprawie pogrzebu prezydenta na Wawelu ma na celu sprowokowanie Jarosława Kaczyńskiego. Chodzi o wepchnięcie go w polaryzującą retorykę w stylu Jana Pospieszalskiego, co gwarantuje przegraną PiS.

i dalej:

Gdybym chciała grać tak samo brutalnie jak "GW" mogłabym zapytać, czy zdają sobie sprawę, że w dokumentach katyńskich są też zapewne nazwiska polskich komunistów z Wilna i Lwowa, którzy służyli jako tłumacze i - w pewnym sensie - selekcjonerzy przyszłych ofiar (chodzi o wypełniane przez nich "ankiety").
Wielu z tych ludzi było potem dygnitarzami w PRL. A także ojcami, teściami i przyjaciółmi rodziny.
Więc nie zaczynajmy znów wojny na trumny, bo może się okazać obosieczna!


Można słowa Staniszkis rozumieć 'na zimno' jako zwrócenie uwagi na jakieś zdarzenie z historii - owszem, jak na razie nie do końca udowodnione historycznie, a może nawet i niedowodliwe. Nie ma w tych słowach cienia personalnego ataku na kogokolwiek, jest ledwie sugestia dotycząca jakiegoś kręgu osób, pewnie już mocno zdziesiątkowanego przez biologię. Dalej Staniszkis pisze już tylko o obecnej kampanii i szansach kandydata z 3 procentowym sondażowym poparciem.

Ale można te słowa wziąć i 'na gorąco' - biorąc je personalnie do siebie o dopisując od siebie dodatkowy kontekst.

Seweryn Blumsztajn postanowił pójść tą właśnie drogą i wysmażył smaczny tekścik w sobotniej "Wyborczej"

Już tytuł tekściku ma przyciągnąć oko wiernego czytelnika: Profesor Staniszkis grozi "Wyborczej" wojną na trumny.

Dalej jest już tylko smaczniej i "logiczniej", bo Blumsztajn bez problemu wyczytuje z jednego tylko zdania oskarżnie "naszych przodków o mordowanie w Katyniu". Nie wiem tylko czy chodzi o przodków wszystkich Polaków en bloc czy o przodków redaktorów "Wyborczej". Biega chyba o to drugie, bo dalej Blumsztajn pięknie pisze o swoim dziadku:

"Otóż dziadek mój handlował przed wojną artykułami sanitarnymi w Radomsku. W Katyniu go nie było, pojechał do Treblinki. Chodził w chałacie, więc gdyby w latach 30. wybrał się do Warszawy na Krakowskie Przedmieście, to mógłby dostać po mordzie od tatusia Jadwigi, który wtedy z kolegami z ONR Falanga polował na Żydów."

a dalej o swoim tatusiu:

"Melduję również, że mój ojciec też nie pomagał mordować polskich oficerów w Katyniu. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie do getta ławkowego zaganiali go koledzy tatusia pani profesor Staniszkis. Wojnę przeżył rzeczywiście w Związku Radzieckim, ale na Uralu. Nigdy nie był dygnitarzem w PRL."

No wypisz, wymaluj - redaktor Seweryn Blumsztajn w Radiu Erewań.

Przypomnę, że profesor Staniszkis napisała tylko o nazwiskach polskich komunistów z Wilna i Lwowa, którzy służyli jako tłumacze i - w pewnym sensie - selekcjonerzy przyszłych ofiar.

Ale w Radiu Erewań nadredaktor Blumsztajn błyskawiczną myślą przenosi nas z Wilna i Lwowa do Radomska, Warszawy i na Ural - i po dżentelmeńsku flekuje Jadwigę z domniemaną przeszłość jej tatusia.

Z wywodu nadredaktora Blumsztajna prawie jasno bowiem wynika, że polscy komuniści z Wilna i Lwowa to jego dziadek z Radomska i ojciec studiujący w Krakowie. Na dodatek dowiadujemy się, że tatuś Jadwigi na bank dałby po mordzie dziadziusiowi nadredaktora...


Ale to nie wszystko. Od czego są bowiem koledzy - tym razem nie z falangi ONR, ale jedno z pierwszych piór "Polityki".

Adam Szostkiewicz w swoim blogu dowala swoje trzy grosze do audycji Radia Erewań na temat tego co napisała profesor Staniszkis. Szostkiewicz rusza z kopytka w sprawie pani Staniszkis:

I nie pisałbym o niej, gdyby nie jej najnowsza wypowiedź na temat polskich Żydów rzekomo kolaborujących z NKWD w zbrodni katyńskiej. Celnie komentuje ją Seweryn Blumsztajn.

I tak oto jedno zdanie o polskich komunistach z Wilna i Lwowa u Szostkiewicza zamienia się w zdanie o polskich Żydach kolaborujących z NKWD.

Jak widać na załączonym przykładzie, nasi dzielni dżentelmeni flekując za tatusia, sami zamieniając lwowskich komunistów w Żydów-kolaborantów, poklepując się po pleckach i 'celnie komentując' przyprawili pani profesor Staniszkis całkiem nową gębę.

Cóż, takie widać to już czasy, że nawet autoryteciki gromko i często nawołujące do kultury dyskursu, zachowania standardów etycznych i obiektywizmu schodzą do kibolskiego poziomu polemiki, że tak ten przypadek nazwę.

Gratuluję profesjonalizmu panowie...
piątek, 07 maja 2010
skończ Pan już ten cyrk.

Od kilku tygodni odczuwam dość ciekawy dysonansik poznawczy. Mam bowiem wrażenie, że po kilkudziesięciu godzinach stuporu jaki pojawił w naszym życiu rankiem 10 kwietnia, wystąpiło w pewnych kręgach jakieś stadne zgłupienie.

Mój dysonansik dotyczy tego, że najmniej tego zgłupienia i pomroczności jest tam gdzie go było dotąd najwięcej - w kręgach polityków. Tylko Niesiołowski trzyma dawny "poziom", ze świecą szukać Palikota, a Radek Sikorski który jeszcze nie tak dawno chciał porwać za sobą tłumy zawołaniem "były prezydent Lech Kaczyński!" udał się na emigrację wewnętrzną do USA. Cała reszta stąpa jak po polu minowym bojąc się palnąć coś głupiego nawet na temat pogody w Smoleńsku miesiąc temu.

Niestety (dla względnie normalnych) pomroczność ogarnęła kręgi dziennikarskie, publicystyczne oraz elitki mniejszych i większych saloników. Cóż taki to już jest zawód: dziennikarz czy publicysta musi mówić, gdybać albo powątpiewać, żeby zarobić na chlebek. Tych rozumiem - sam się w tym kręgu trochę pokręciłem. Poniekąd uważam to za jeden z błędów młodości ;)

Co rusz pojawia się jednak jakiś głosik z kręgów poza publicystycznych, który zostaje głośniej zacytowany, a potem słychać już tylko chór głosików prawiących, polemizujących i przedrzeźniających.

W całym tym rejwachu są głosy, które ze względu na osobę i kontekst brzmią donośniej - co nie znaczy, że mądrzej.


Andrzej Wajda zapala znicz radzieckim żołnierzom 3.05.2010


I kiedy taki głos zabrzmi to względnie normalny człowiek (za jakiego się jeszcze uważam) ma niezły zgryz. Czy aby głos ten nie brzmi fałszywie, czy aby mnie nie gani za moją nieokrzesaną postawę. I czy aby mi nie sugeruje, że popełniam jakąś myślozbrodnię czując coś z goła odmiennego niż ów głos sugeruje.

Pomijam już głos Andrzeja Wajdy w sprawie wawelskiego pochówku i towarzyszące jej niemal kibolskie ekscesy pod krakowską kurią. Daleko uważniej przypatruję się za to akcji palenia zniczy na grobach radzieckich wojaków 9 maja.

Akcja powstała ponoć oddolnie gdzieś na Facebooku pod hasłem "Pamięć i Pojednanie" i dość szybko ujęła serca ludzi aspirujących do elitki. Ledwie w tydzień po katastrofie krakowskie Collegium Artium postawiło całej akcji stronkę 9maja.pl.

Trudno z całą to akcją polemizować, no bo niby jak?
Radzieckiemu sołdatowi, który własną krwią opłacił walkę z faszystowskim najeźdźcą głupiego znicza nawet nie chcesz zapalić? A poza tym kilka głupich zniczy zapalonych w majowym słońcu, a jaka szansa na pojednanie. I pokazanie w mediach.

No więc powiem, że ja na zawołanie żadnych zniczy sowieckim sołdatom palić w maju nie będę. Nie trafia do mnie argument, że to byli prości, młodzi chłopcy z Kazachstanu czy nawet zza Uralu. Argumenty ad misericordiam jakoś nie trafiają mi do serca, a używanie ich w dyskursie publicznym uważam za niesmaczne.

Ale są i przyczyny, które wydają mi się ważniejszej natury. Chodzi mi mianowicie o prawdę. Nie musi być przez duże "P" - ważne, żeby była prawdziwa.

A część tej prawdy jak mi się zdaje była aż nadto brutalna, aby teraz 9 maja urządzać w Polsce jakiś nowy dzień zadumy połączony z paleniem zniczy.


Kobieta w Berlinie -  Nina Hoss 2008


Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że jakieś tam korzenie rodzinne mam w Przemyślu. I jakoś sobie przypominam (przyznaję, że przez mgłę, ale jednak) atmosferę początku lat 80-tych i wakacje spędzane nad Sanem. To był ten krótki okres po jakim pozostało powiedzonko "wejdą? nie wejdą?". I dziś już chyba wiem, choć wtedy zupełnie inaczej rozumiałem te gesty - dlaczego niektóre starsze kobiety słysząc dyskusje na temat "wejdą? nie wejdą?" robiły znak krzyża i nie chciały w nich uczestniczyć.

Pamiętam też swoją podróż ze znajomym kilka lat temu, kiedy pędząc na jakiś 'azymut' zatrzymaliśmy się okolicy wioski-miasteczka Łagów Lubelski. Wjechaliśmy do lasu aby odpocząć i poczuć trochę leśnego chłodu w gorący lipcowy dzień. Szliśmy sobie przez ten lasek, a tam polanka. Polanka prawie jak malowana. A na polance mogiły.

W zasadzie ciężko było rozpoznać, że to cmentarzyk - mogiły prawie zrównane z ziemią, drewniane krzyżyki zbutwiałe, a wszystko zarośnięte. Po jakimś czasie pojawiła się jakaś babina zbierająca jagódki. Podeszła do nas i niby to do nas, a niby do mogił mówiła tyle lat panie, a serce pęka, strach panie taki był, że nikt kroku nie zrobił jak je ze wsi wzięli, szesnaście, dwadzieścia lat panie miały, całą noc je męczyli za nim ubili i poszli dalej za Niemcami.


Żeby to zabrzmiało klarownie - nie mam nic przeciwko pamięci, pojednaniu czy przebaczaniu. Związek sowiecki poniósł ogromne ofiary podczas II Wojny.

Nikomu też nie odmawiam prawa do palenia w cichości i zadumie zniczy na mogiłach radzieckich wojaków, choć w lasku pod Łagowem Lubelskim pewnie tych zniczy nie będzie.

Ale czuję niesmak gdy patrzę na kabotynizm, efekciarstwo i nawoływanie z użyciem fałszywych argumentów. Dla mnie Andrzej Wajda, który święto 3-go Maja postanowił uczcić zapaleniem zniczy na sowieckiej mogile i został ustrzelony przez gazetowego paparazzi w wystudiowanej, zadumanej pozie (to oczywiście przypadek...) wygląda po prostu fałszywie.


Obrazek jaki zmajstrowałem z hasłem "Pal znicze! Będziesz wielki" uważam za równie śmieszny (i tyleż niesmaczny) co hity duetu Figurski & Wojewódzki. Ale skoro znamienici publicyści wypominają teraz politykom, że jadą na trumnie, to i ja mogę chyba komuś wypomnieć, że jedzie na zniczach. Podobno to się nazywa teraz "satyra".


No dobra, dość docinków na ciężkie tematy. Mam nadzieję, że muzyczka się spodoba...



"It's Getting Late In The Evening" to strona B singla "Life's What You Make It" grupy Talk Talk. Nagranie ma już hmm... 24 lata!
środa, 05 maja 2010
Pogoda barowa. Za dzień, może dwa świetnie wpłynie na wybuchającą na każdym kroku purpurowość, żółtość i zieloność - których to barw z premedytacją nie ukazano na zdjęciu...


Brama z widokiem na Planty, Pijarska, Kraków 05.05.2010


Już po chwili w bramie pojawił się uzbrojony pan, który powiedział że brama jest prywatna i już.
19:18, robertlotse , Notes
Link Komentarze (10) »
wtorek, 04 maja 2010
Powiem szczerze, że dawno już wyrosłem z tego pięknego okresu kiedy człowiek babrze się w różnego rodzaju listach przebojów. Albo listach Hop-Bęc... te są zdecydowanie brrrr...

Owszem - od czasu do czasu zachowuję się jak jeden z bohaterów filmu "High Fidelity" - polskie wredne tłumaczenie: 'Przeboje i podboje' - równie idiotyczne jak sławne 'Miłość, szmaragd i krokodyl' (kto pamięta o jaki film chodziło? ;)

"High Fidelity" to całkiem niezła (nie powiem jednak, że świetna) ekranizacja świetnej powieści Nicka Hornby'ego.




Sama powieść jako taka powinna być zalecaną, a nawet obowiązkową lekturą dla nastolatek, starszych nastolatek i starych nastolatek. Może nie jest to jakaś wielka biblia męskich zachowań, ale na pewno pozwoli owym nastolatkom zapoznać się z podstawową gamą niedojrzałych męskich zachowań. Naprawdę przyda się Wam to, zanim zdecydujecie się na wejście w głęboko toksyczno-patologiczną relację uczuciową z jednym z nas.

Oczywiście zamiast starych winyli i pierwszych edycji singli możecie sobie podstawić dowolne samcze hobby: ryby i rybki, autka i grupowo analizowane meczyki. Niby szeroka gama fetyszy - a zachowania niemal te same. Jak to u dzieci :)

Tak więc jak każdy infantylny samczyk mam swoją prywatną listę "pięciu najlepszych nagrań przy których nie można jechać wolniej niż 160 km/h" - w kolejności:
- 'Vision Thing' Sisters Of Mercy,
- 'Synchronicity I' The Police,
- 'Muscoviet Mosquito' Clan Of Xymox,
- 'Don't Need A Gun' Billy Idol,
- 'Ready Steady Go' Paul Oakenfold

Prócz tego jest of koz lista "piętnastu najlepszych piosenek do niedzielnego, porannego figo-fago" i kilka list na inne okazje...

Patrzę i kontempluję teraz kolejne, trzecie już wydanie trójkowej zbieranki Polski Top Wszech Czasów. No i muszę powiedzieć, że z licznych względów sentymentalno-emocjonalnych praktycznie cała ta lista bliska mi jest jak cholera... Jest na niej aż osiem słoików Dżemu i dużo innych przysmaków. Zdziwiły mnie tylko dwa nagrania Maanamu, tyle samo ma Coma, hmmm... no trudno.

Ale w zasadzie to najbardziej ucieszył mnie fakt, że Kazik Staszewski z różnych okresów i w różnych aliansach zajmuje na tej liście ponad 10 procent, choć zachodzę w głowę dlaczego nie ma "Piosenki młodych wioślarzy" i "Sześć lat później", a są "Czarne słońca"...




I to by było tyle na dziś, jako post scriptum dodam tylko, że powieść Nicka Hornby'ego "High Fidelity" ukazała się na polskim rynku pod tytułem "Wierność w stereo"
Zakładki:
Bywam
Poczytuję
Podglądam
Samoróbki
Słucham
Varia




eXTReMe Tracker


statystyka