Kategorie: Wszystkie | Dźwiękowo | Filmowo | Książkowo | Myślotok | Notes | Politycznie | Varia
RSS
piątek, 29 maja 2009
Coś pod hasłem "chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą" tra la la la :)

Jakieś ćwierć wieku temu (łomamo! jak to brzmi ;) zakochałem się przynajmniej w dwóch nagraniach grupy Echo And The Bunnymen - "Bring on the dancing horses" i "The killing moon". Z rzadka można je było upolować tylko w Trójce i na Liście Przebojów Rozgłośni Harcerskiej - takie to były dość ponure z punktu widzenia młodego słuchacza Złote Czasy schyłkowego PeReL'u.

Lata mijały a zespół nie dość, że nigdy nie dobił się do wysokich pozycji w szołbizie to jeszcze stracił chyba wenę twórczą. Cóż, nie każdemu było dane skończyć jak U2 ;)

Ale gdy przyszedł rok 1992, gdzieś wczesną wiosną pojawił się kandydat na przebój lata - singielek "Lover, Lover, Lover" wydany przez lidera Echo & The Bunnymen - Ian'a McCulloch'a.




Kandydat na przebój lata skończył mniej więcej tak jak skończy większość kandydatów w nadchodzących eurowyborach czyli w pewnym niebycie. Trochę może szkoda, bo pioseneczka niczego sobie (sam Leonardo Cohen napisał ją lata wcześniej), a obrazki do niej też całkiem fajne.

Tak mi ta melodia dziś przypomniała, bo jakiś wewnętrzny i podświadomy odruch retrospektywny zadał mi dziś z rana pytanie o to co działo się w mym żywocie 17 lat temu... Sentymentalny się chyba staję na starość :)
14:31, robertlotse , Dźwiękowo
Link Komentarze (9) »
środa, 27 maja 2009
Recenzja mogłaby być w zasadzie jednowyrazowa i brzmieć: przebrnąłem!

Nie będę gdybał nad tym dlaczego Janusz L. Wiśniewski zdecydował się napisać "Bikini" w sposób niemal "aptekarski" czyli dobierając i ważąc bardzo starannie wszelkie ingrediencje ;) Jest rzeczą dość logiczną, że warunkiem napisania dobrej powieści jest staranny dobór składników i proporcji.

Rzecz ma się dokładnie tak jak w kuchni - chcesz upiec fajną babkę to zważ starannie drożdże, cukier, mąkę i co tam jeszcze trzeba. Zagniataj to wszystko z pasją i uwagą, dodaj szczyptę tego i owego... no a potem patrz jak wyrasta i do pieca, jeszcze tylko lukier, dekoracja i możemy oblizywać paluchy :)

"Bikini" Wiśniewskiego to książka dokładnie według tego przepisu - fakty starannie dobrane i dostosowane początkowo do schematu pt. ona i on z dwóch krańców świata i... trach. Potem schemat musi ulec niejakiej komplikacji, wszak "sentimental journey i powiedz teraz, że chcesz się napić herbaty" nie może trwać wiecznie...





Komplikacja schematu ona i on... trach! dokonuje się nawet zręcznie, choć może ciut chaotycznie. Ale co tam, nikt przecież nie powiedział, że każda powieść musi przez ponad 400 stron mieć potoczystą narrację ;)

I tu poniekąd dochodzę, do momentu w którym wiem co mi nie pasuje - dlaczego ten ładnie wyrośnięty i przyozdobiony "wypiek" nie pasuje mi do tego stopnia, że muszę 'brnąć zamiast 'czytać'.

Oto bowiem mamy w "Bikini" wszystko - miłość, wojnę, antysemityzm, rasizm, erotykę i cząstki elementarne. Obok siebie na kartach powieści Wiśniewskiego przewijają się George Orwell, Dorothy Parker, Enrico Fermi i Aribert Heim. Pewnie kogoś pominąłem - jego strata :)

Przyznaję, że jestem tu ociupinę złośliwy ale po prostu spory deszcz szczegółów spadł mi na głowę, a ja nie miałem parasola ;) Ale nie ten wiosenny deszczyk sprawił, że brnąłem, a nie czytałem.

Powieść Wiśniewskiego cechuje irytująca wręcz poprawność w wielu kwestiach. No po prostu zęby bolą kiedy młoda, samotna dziewczyna z dużym biustem rzuca słuchawką telefonu na dźwięk słowa 'Murzyn' ;)

Bikini - Janusz L. Wiśniewski

Czytając "Bikini" jesteśmy co rusz skazani na przedzieranie się przez wątki rasowe - aryjsko-semickie i biało-czarne. I tak na zmianę. Na dodatek właściwie nie ma w powieści osób złych, no może poza szczerbatym wartownikiem, jednym białym barmanem i Gauleiterem Drezna. I choć główną bohaterkę otaczają sami fajni faceci (panie w zasadzie też) to z kontekstu wydarzeń i zdjęć dociera do nas obraz świata upadłego i parszywego. Chyba właśnie ten dysonans sprawia, że brniemy przez coś zupełnie nieautentycznego, przez strony na których emocje bohaterów (a właściwie bohaterki) są rozstrzelone w sposób chaotyczny we wszystkich możliwych kierunkach.

Tak więc po raz kolejny okazało się, że co za dużo to niezdrowo. Karuzela wydarzeń, postaci i emocji jaką zmontował Janusz L. Wiśniewski powoduje lekki zawrót głowy - i bynajmniej nie jest to ten przyjemny "rausz" jaki czujemy czasem pędząc przez strony powieści. Finał "Bikini" jak dla mnie, jest po prostu nijaki, a z całej powieści skapuje nadmiar realizmu historycznego, patosu przy jednoczesnym sporym niedoborze autentyzmu emocji.
wtorek, 26 maja 2009
Bez żadnych ceregieli powiem, że ta wersja starego policyjnego "King of Pain" to jest jakaś inna jakość. Ekspresją w głosie Alanis bije Stinga na głowę. I to wszystko na siedząco...


14:39, robertlotse , Dźwiękowo
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 maja 2009
Jak siedziałem tak spadłem. Serio :)

A właściwie to "spadłem do kąta" jak pętak, prostak, ostatni ćmok.
Jestem skończonym ćmokiem i w kącie me miejsce. Alleluja. Amen. Klops ;)

To może na początek poproszę o materiał filmowy - telekino start!



A oto przyczyna mego upadku. Taki oto passus na dziś, ku uciesze lub przerażeniu - w zależności od upodobań i nastroju :)
Cytuję niemal w całości, co macie jakieś reklamy oglądać :) Całość na Dziennik.pl - zacznijmy z wysokiego C:


Nie chciałbym nikogo obrażać, ale odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy kompletnie dowolne. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno. Bo jedni mają opinie, inni - wyrobione jedynie ich zalążki, a pozostali - nie mają ich wcale.


Tak piękne, zgrabne i krzepiące są słowa profesora Marcina Króla, że Państwo pozwolą abym cytował dalej


W internecie można znaleźć więc anonimowe blogi, anonimowe wypowiedzi i anonimowe komentarze, które zamieszczane są również w internetowych wydaniach dzienników pod artykułami. Dla mnie jest to bardzo ponure i niebezpieczne zjawisko, która w przyszłości zaowocuje negatywnymi skutkami.

Mówię to dlatego, że dotychczas cała upowszechniona kultura pisana opierała się na możliwości skrytykowania nawet największych głupstw, najbardziej marnych książek, których autorzy byli znani. Tymczasem w internecie opinie są anonimowe – a ich autorstwo nie niesie za sobą żadnej odpowiedzialności.

Oceniam to jako złe zwycięstwo demokracji, bo każdy idiota ma dzięki temu takie same prawa do wygłaszania swoich sądów jak wybitni myśliciele, publicyści, czy prawdziwi dziennikarze. Tymczasem anonimowa opinia nie pomaga w kształtowaniu życia publicznego, a psuje je.


To może w tym miejscu jeszcze jeden fragment filmowy luźno związany z tematem :)




A teraz proszę orkiestrę o tusz - Wielki Finał:


Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone. Więcej, przez całe lata rozumni ludzie uważali, że cenzura powinna być dopuszczalna i to nie tylko z powodów obyczajowych, ale też zgodnie z zasadą, że "poważne pytania głupim ludziom mącą w głowie".

Nie jestem zwolennikiem tego, by każdy mógł wyrażać swoją opinię publiczne w sposób nieograniczenie swobodny. Nawet gdy do redakcji – i to każdej, jaką znam – przychodzą listy, ta nie decyduje się na publikację najgłupszych z nich, a wybiera najbardziej interesujące. Dlaczego? Po prostu dlatego, że sfera publiczna to nie śmietnik.


Ufff... czy ktoś dotrwał do końca? I jak samopoczucie :)?
Ja doszedłem do wniosku, że jestem strasznym tępakiem - nie wiem nawet jacy wielcy filozofowie uważali, że swoboda bywa niebezpieczna. Nie wiem kim byli ci ludzie rozumni na których powołał się profesor Król. Nie wiem nawet skąd pochodzi owa zasada mówiąca o pytaniach co mącą w głowie...



Nic nie wiem... ale trauma... szlag by to jasny trafił...

A ciut bardziej powżnie to gratuluję Marcinowi Królowi tego, że tak pięknie zredefiniował pojęcie "blog". Jak widać na załączonym obrazku, Mędrca można poznać po tym, że w kilku ledwie zdaniach całą blogosferę potrafi wyrzucić do klopa (pardon ;). Wszystko jak leci - blogi "pokemonów" i blogi prezydentów znalazły wreszcie swe miejsce :)

Mam tylko dość głupie uczucie, bo kiedy przeglądam felietony w powszechnie szanowanych, mainstreamowych mediach to duża część z tych felietonów pasuje dokładnie do definicji bloga opracowanej przez Marcina Króla.

Autorzy tych felietonów wygłaszają opinie na tematy kompletnie dowolne. Ba, jedni felietoniści mają opinie, inni wyrobione jedynie ich zalążki, a pozostali nie mają ich wcale. Piszą o jakiejś piłce, telewizji albo (to już jest zgroza!) o gospodarce i polityce. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno :)

Ale już zupełnie na poważnie to napiszę, że nie jestem żadnym filozofem czy socjologiem (jak już zaznaczyłem jestem zwykłym ćmokiem) i jako takiemu niekomptentnemu beztalenciu zdawało mi się, że Internet (a szczególnie Web 2.0) to Raj i Ziemia Obiecana dla historyków różnych ideii, socjologów, badaczy kultury. A tu klops i klapa :(

W prostych, niemal żołnierskich słowach Marcin Król wyjaśnił mi, że nie ma nic bardziej błędnego niż założenie, że anonimowe opinie mają jakąkolwiek wartość. Nie wiem tylko co na to wszystkie te instytuty badawcze pracujące dla korporacji i partii politycznych - wszystkie one bazują na tych anonimowych opiniach.

Nie wiem też co w tym przypadku począć z tą całą demokracją opartą o anonimowe wyrażanie opinii poprzez wrzucenie kartki do urny. Ale może już jutro się dowiem od pana profesora Marcina Króla :)

Jeszcze jeden teledysk na zakńczenie...



18:56, robertlotse , Myślotok
Link Komentarze (14) »
sobota, 23 maja 2009
Miało być inaczej...
Jakiś tydzień temu powróciwszy ze swojej samotni, gdy zobaczyłem co w blogach piszczy miałem napisać coś w tym stylu:

Czy Krzysztof Czuma (syn Andrzeja) to czubek, pieniacz, psychol, małpa z brzytwą, zwykły troll przeniesiony do reala?

Chodzi oczywiście o sprawę, którą blogosfera ochrzciła już "sprawą Kataryny" - a która w rzeczy samej dotyczy próby kneblowania ust blogerom, użycia urzędniczego stołka, inwektyw i obelg użytych do szantażu i zastraszenia "krytykantów". Przypomina mi się czas 'schyłkowego Jaruzela', gdy część gazet drukowała teksty pokastrowane przez cenzorów. O ingerencjach informowały ramki z numerem paragrafu odnośnej ustawy o kontroli publikacji i wydawnictw.

No i proszę - historia lubi się powtarzać, choć w zupełnie innym wymiarze. Oto bowiem syn urzędującego ministra sprawiedliwości grozi pozwami właścicielom Salonu24.pl, jeśli ci nie ujawnią danych "niepokornych" blogerów i nie ocenzurują krytycznych wpisów.

I nic to, że krytyczne wpisy mają raczej charakter odtwórczy i odnoszą się do doniesień, których rzeczywistym źródłem są publikacje prasowe czy telewizyjne. I nic to, że krytyczne wpisy z rzadka tylko bywają mocne, hardcore'owe, na granicy dobrego smaku - ale pozostają jednak w granicach obowiązującego prawa. I nic to, że owe "kłamstwa" i "oszczerstwa" są najczęściej po prostu luźną dywagacją, dygresją, ironią.

Krzysztof Czuma występując w obronie urzędującego ministra sprawiedliwości pisze o jednym z blogerów per s...syn, innym wymyśla od "wrednych babsztyli", grozi procesami firmie Igora Janke w przypadku gdyby ta nie uległa ministerialnemu szantażowi...



Dalej miałem napisać coś o tym, że Krzysztof Czuma nie jest czubkiem ani pieniaczem - jest po prostu niebezpieczny, bo ma tatusia na ministerialnym stołku - co w praktyce sprowadza się do tego, że stoi za nim aparat represji i przemocy, a nie żadnej sprawiedliwości...

Po tym jednak jak w ręce trafił mi wczorajszy "Dziennik" doszedłem do wniosku, że po raz kolejny byłem w błędzie. Duet Czuma & Czuma to 'małe pikusie' w porównaniu z burakami jakie pracują w niektórych mediach.

Cezary Michalski, Sylwia Czubkowska et consortes to jest dopiero towarzycho godne opisania... Sam uważam, że można czasem posługiwać się pewną manipulacją, prowokacją, a może nawet i szantażem kiedy cel jest tego wart - kiedy chodzi o jakąś sprawę z gatunku tych fundamentalnych - gdzie trzeba pokazać po której stronie leży Dobro, a gdzie zaczyna się już Zło, gdzie doszło do rzeczywistego przestępstwa.

Takim "przestępstwem" okazały się być komentarze, dywagacje i analizy dotyczące zazwyczaj ogólnie dostępnych materiałów prasowych. Michalski wraz Czubkowską w jednej chwili przepoczwarzyli się z dziennikarzy w prokuratorów i śledczych aby pomóc ministrowi Czumie i jego synalkowi w znalezieniu adresu pod który należy wysłać pozew.

Po prostu mnie wcięło, gdy zobaczyłem, że "dziennikarze" z "Dziennika" potrafią napisać "nie bój się, nie ujawnimy twojego nazwiska" po czym na jednym oddechu opisują: ma na imię Katarzyna, lat tyle-i-tyle, pochodzi z...

Nie ujawnimy twojego nazwiska, opiszemy tylko twoją fundację i napiszemy, że jesteś prezesem - taki cymes może się trafić tylko w gazecie redagowanej przez cyngle i kundle.



To nic, że Cezary Michalski w swoim tekściku "Utracona cześć Kataryny" wypisuje kłamstwa i brednie ("jesteśmy ciekawi jej poglądów, jej psychiki, jej życia").

Michalski niemal z dumą pisze: Okazuje się, że zmusiliśmy do milczenia Katarynę, najsłynniejszą polską blogerkę polityczną, ostatnio związaną bojem na śmierć i życie z rodziną Czumów, ojcem i synem. Tak po prawdzie, to "Dziennik" po prostu wystawił Katarynę 'na strzał' publikując wystarczającą ilość szczegółów, aby nawet w Google'u każdy mógł już własnoręcznie zdemaskować Katarynę...

Pytanie tylko: po co? Odpowiedzi na to pytanie Michalski już nie daje, a szkoda - bo ta o "chęci poznania psychiki" Kataryny brzmi po prostu infantylnie.

Gdybym napisał, że Cezary Michalski i Sylwia Czubkowska postanowili zostać kundlami Czumy to byłoby to zbyt banalne. Tu nie o to chodzi.

Dla mnie z całego tekstu Michalskiego przebija jeden ton: chęć zastraszenia tych którzy mieliby ochotę iść w ślady Kataryny. Michalski w swoim wywodzie zrównuje kąśliwe i inteligentne komentarze Kataryny z bluzgami politykierów-frustratów. Naprawdę nie trzeba siedzieć w Sieci od lat, by móc rozróżnić język jakim posługuje się krytyk, a jakim krytykant. I bardzo łatwo tu odróżnić rzeczową krytykę, jałową polemikę i wiąchę obelg. Widać jednak, że Cezary Michalski tego nie potrafi.

Michalski jakby z pewnym żalem pisze: ilu jej [Katarynie] podobnych anonimów, radykałów, antykomunistów, niepodległościowców... zapełnia polski Internet. Tłukąc w klawisze na poddaszu czy w biurze i przeżywając swoją wolę mocy, dopóki nie usłyszą krzyku szefa albo wołania żony czy mamy przypominających o obowiązku wyniesienia śmieci albo wyprowadzenia pieska. W zasadzie brakuje jeszcze tylko czegoś o "warchołach z Radomia" ;)

Biedaczysko... nie wie nawet, że podobne tysiące anonimów i radykałów wypełniają co dzień tramwaje i autobusy, bary i kawiarnie. Michalski nie rozumie, że blog i forum dyskusyjne to takie samo miejsce jak ławka w parku. I tak jak w parku są ławki świeżo odmalowane oraz takie na których przesiaduje zapluta żulia.

Intuicyjnie czuję, że polowanie z nagonką jakie urządził Krzysztof Czuma jeszcze się nie zakończyło, mimo tego że jego kundlom udało się dopaść Katarynę. Przez język jakim posługuje się Cezary Michalski przebija się groźba i szantaż wobec tych, którzy mają chęć mówić to co myślą. Michalski stając się cynglem Czumy dał dość jasny sygnał, że według niektórych decydentów przyszedł czas aby zacząć nakładać kaganiec.

Na strzały zza węgła (jak blogowanie o polityce nazywa "Dziennik") kundle Czumy postanowiły odpowiedzieć strzałem w plecy. I bez zmrużenia okiem ciągną rozprawę jakie to jest nieprzyzwoite i niegodziwe by blogować pod pseudonimem. Wystawienie kogoś Czumie 'na strzał' żadną niegodziwością i nieprzyzwoitością nie jest. Cezary Michalski gotów pewnie nawet dowieść, że zrobił to w ważnym interesie publicznym...

Dlaczego właśnie teraz? Tego nie wiem - może gdzieś w Ministerstwie Prawdy ktoś doszedł do wniosku, że już nie ogarnia tej kuwety, a skutki tego nieodpowiedzialnego blogowania mogą być w jakiś sposób niebezpieczne.

A może będzie nawet tak pięknie jak w starym dowcipie o liście do moskiewskiej "Prawdy":

Kochana "Prawdo"!
Od jakiegoś czasu bardzo nie podoba mi się nasz system. Co mam robić?

Odpowiedź redakcji:
Proszę podać dokładny adres i czekać


Gdy chwilę dłużej się nad tą sprawą zastanowiłem, doszedłem do wniosku, że może za dużo kombinuję? Może nie ma żadnego Ministerstwa Prawdy, cyngli i kundli? Może po prostu tylko paru ludzi postanowiło pokazać światu jacy są mali??

Od kiedy siedzę w Internecie, zawsze interesowały mnie ludzkie emocje. Różne - te złe i te dobre. Interesowała mnie także motywacja ludzi do ich okazywania. Na przykład co sprawia, że chory na raka pisze blog - ekshibicjonizm jako forma terapii? Jaką motywacje mają ludzie anonimowo opisujący jakieś anonimowe biuro w którym panuje mobbing, seksizm i "spychoterapia"?

Pytanie o motywacje i emocje przyszło mi do głowy, gdy zastanawiałem się nad tym dlaczego Cezary Michalski zdecydował się "wystawić na strzał" Katarynę. Wiem, że jest to pytanie z gatunku tych bezsensownych, po pewnie sam Michalski miałby problem z wyjaśnieniem na poziomie nazwijmy go czysto ludzkim, dlaczego pewnego dnia przyszło mu do głowy zadać komuś cios w plecy. Zardzewiałym nożem.

Skąd się bierze ta ochota by na kogoś donieść, a mówiąc bardziej kolokwialnie kogoś podesrać? Co takiego tkwi w ludzkiej mentalności, co raz po raz nakazuje łamać imperatyw "Nie bądź dupą, ale nie bądź też świnią".

I od razu przyszła mi na myśl "odpowiedź" jakiej udzielał "bohater" dokumentu "Trzech kumpli" - Lesław Maleszka. Pytany dlaczego donosił, odpowiadał "To dobre pytanie!".

W jakiś tam sposób Cezary Michalski dowiódł, że nastąpiła u niego reinkarnacja mentalności Maleszki. Ba, postanowił nawet tą swą małość publicznie pokazać. Ekshibicjonizm jako forma terapii? Tylko dlaczego cudzym kosztem? Wszyscy jesteśmy Judaszami?

I to by było tyle na dziś :)

+ Historia nacisków Krzysztofa Czumy na Salon24.pl
+ Syn ministra sprawiedliwości obraża-blogerów grozi Salonowi24
+ Długa historia dużych pieniędzy - co sama Kataryna pisze o interesach z TVP
czwartek, 21 maja 2009
Siedział na ławce i patrzył jak bzykają się gołębie.
My rządzimy światem, a nami kobiety. Jakież to niesprawiedliwe - pomyślał...


A clip bez komentarza ;)
21:04, robertlotse , Myślotok
Link Komentarze (20) »
sobota, 16 maja 2009
Zacznę od tego, że zdarzyło mi się kilka razy zasnąć w kinie. Serio...
I żeby być w zgodzie z prawdą to muszę napisać, że jednym z tych filmów był ten oto:



Naprawdę skrajnie głupio się poczułem otwierając oczy gdzieś w drugiej połowie "Truposza", no wstydzior po pachy. Dobrze przynajmniej, że ciemno było :)

Od zawsze lubiłem różne kowbojskie klimaty w kinie - cóż widocznie to taki "imprinting wzorców i archetypów". Wczesne dzieciństwo spędzone w kinie "Kolejarz" na porankach z ekranizacjami prozy Karola Maya zrobiło swoje ;)

No a potem to już było tylko lepiej - westerny te prawdziwe i te spaghetti gdzie dobrzy, źli i brzydcy robili pif-paf, trach i bach! No i do tego jaka muzyka!

Mając jakieś 13 lat byłem obłędnie wręcz zakochany w "Apache" Shadows'ów. A do dziś przeszło mi to zakochanie ledwie trochę :)

No i teraz proszę ja Was znalazłem cudną wręcz muzykę - kilmaty takie jakie lubię najbardziej: nostalgia i tajemnica. Kosmos czekający na swych odkrywców i Pustynia czekająca na Jeźdźców Wyobraźni.



Takie klimaty zawierają nagrania grupy Long Desert Cowboy zawarte na netce "Finareia". Brzmią w tych nagraniach echa starego Ray'a Coodera i Neila Young'a - wyobraźnia podsuwa obrazek samotnego cowboya, trochę różniącego się jednak od "Marlboro Man'a", który ze swym wiernym wierzchowcem przemyka przez pustynię w zaciszu własnej samotności...

Muzyka Long Desert Cowboy jest do ściągnięcia za darmo, a słówko 'netka' sam wymyśliłem, bo nie wiedziałem jak nazwać te dwadzieścia kilka minut muzyki. Przyszło mi do głowy, że to jest takie "net ep" :)

No to pogody na weekend życzę!
13:55, robertlotse , Dźwiękowo
Link Komentarze (5) »
środa, 13 maja 2009
Ale pupa... ulice wyludnione, na twarzach pracowników biur, banków i stołówek szok i gorycz. Motorniczy tramwaju numer 19 na wieść o decyzji UEFA rozpłakał się jak dziecko i położył na szynach krzycząc "Tu już nie ma po co żyć!". Desperata udało się jednak uspokoić.

Do poważnego incydentu doszło na wzgórzu wawelskim. Jeden z zatrudnionych tam strażników biegał po zamku z odbezpieczoną bronią i szukał turystów z Ukrainy. Na szczęście jedyna napotkana ukraińska wycieczka zachowała się przytomnie i udawała Greka. Strażnik w akcie desperacji strzelił sobie w łeb skacząc do Wisły...

No dobra... żartowałem sobie :)
W grodzie Kraka jest jak było - słoneczko tylko wyszło, uśmiechnęło się i pokazało figę. Kilku hotelarzy i restauratorów rzuciło tylko "wiąchami" o ścianę. I tyle.

Ja w sumie to się nawet cieszę, że moje miasto umiłowane uniknie najazdu piwoszy, barbarzyńców i rodzin z dziećmi. Mnie wystarczą już ci którzy wpadają tu weekendowo i plączą się z plecakami szukając funkcjonującego miejskiego "klopa". Prezydentowi Majchrowskiemu i jego upasionym przydupasom można by nawet zadedykować jakąś etiudę filmową "Poszukiwacze zaginionego klopa" - może wtedy by zrozumieli, że rzecz nie rozbija się czasem o lotnisko, autostradę i stadion. Czasem sprawy rozbijają się o konieczność ale niemożność zrobienia siku i kupki.

Ja się nawet cieszę, że nie będę świadkiem najazdu całych tabunów wrzeszczących facetów. Pomyśleć tylko, że na kilka dni mogło by się tu zjechać kilkadziesiąt tysięcy samców o temperamencie podobnym to tego pana w załączonej dźwiękówce :)

No to uśmiechu Państwu życzę :)


Nagranie z cyklu "Tym żył świat" w radiowej Trójce
wtorek, 12 maja 2009
Fajną płytę nabyłem. Nie jakaś specjalna nowość, sprzed prawie trzech lat. Poniekąd zrobiłem to specjalnie, żeby dołożyć swoją cegiełkę do twierdzenia, że piractwo w pewnym stopniu zwiększa sprzedać niektórych wydawnictw. To chyba chodzi o tą teorię "długiego ogona" czy jakoś tak ;)

Płyta cudna, jedna z tych niewielu które nie przynoszą ani minuty rozczarowania. Mało taki płyt ostatnio - a już na pewno nie ma takich w tym całym mainstreamie na którym czesze kasę szołbiz. Nawet starzy wyjadacze z milionami na kontach upychają ostatnio na swoje albumy ograne, bezpieczne i niemal opatentowane schematy. Dwa szybkie, dwa wolne, nie dłużej niż trzy minuty z sekundami - dłuższe nagrania "źle się sprzedają w radiu"...

Finał tego taki, że nowy album U2 zawiera w zasadzie tylko cztery fajne utwory, z czego dwa praktycznie nie nadają się na single, a album Franz Ferdinand niesie ze sobą hmm... może nawet osiem potencjalnych "radiowych singli" - tyle, że te single są prawie jak kociaki z jednego miotu - takie jakieś do siebie podobne :)

Wracając do mojego ostatniego zakupu - oto i on:



Oczywiście mógłbym zacząć od tego, że ktoś kto jest córką Serge'a (tak, tego Serge'a) to sobie po prostu może pozwolić na nagrywanie TAKICH płyt. Takich, czyli pięknych, przemyślanych, raczej nie nadających się do "dziennego radia". Ale ponieważ polubiłem Charlottę to taki wtręt byłby zupełnie niestosowny.

Mógłbym się też zastanawiać czy to jej płyta... wszystkie teksty napisał Jarvis "Pulp" Cocker, za większością strony muzycznej stoją Nicolas Godin i Jean-Benoît Dunckel czyli duetto Air. A panna Szarlotta??

Noo... panna Szarlotta śpiewa oczywiście - choć to są bardziej takie mruczane deklamacje. Ale robi to uroczo - jest w tym magnetyzujący sex appeal, ale nie ma grama lukru i cukru pudru. A powiem nawet tak: ta płyta jest jedwabiście kobieca ;)

Z czysto muzycznego punktu widzenia jak na moje ucho ta płyta jest rewelacyjnie pomyślana, równa choć zróżnicowana, łączy różne stylistyki - choć wiadomych względów dominuje tu "french touch". Ta płyta się po prostu w ogóle nie nudzi, nawet jakby nie starzeje - a sprawdza się i przy porannej kawie, i po obiedzie - no i oczywiście o 5:55 nad ranem :)

No to jeszcze coś na bis - "The Operation", jeden z moich jedenastu ulubionych utworów na płycie :)



14:46, robertlotse , Dźwiękowo
Link Komentarze (7) »
niedziela, 10 maja 2009
Powiem szczerze - będąc jeszcze w połowie tej książki miałem ochotę ją po prostu sflekować.

Za co? A za psico! Za wszystko :)
Za styl, za manierę, za język, za pseudoteologię, pseudopsychologię, pseudofilozofię, za ....., za ...... i za ..... też ;)

No ale jak widać odstąpiłem od zamiaru :)

Chata - William P. Young


Bo po pierwsze gdybym wyładował całą złość i wbił Young'a razem z jego "Chatą" w glebę to dowiódłbym, że w tej książce jest wiele prawdy i wartościowych twierdzeń.

A po drugie wziąłem pod uwagę to w jakim mniej więcej kręgu powstała ta książka, do kogo jest skierowana. To jest po prostu taka McTeologia i McWiara. Nie ma w tej książce stwierdzeń ani bluźnierczych, ani nagannych. To co jest to taka dość jednostajna mantra w nieśmiertelnym "Jesus loves you". Kiedy już po lekturze jeszcze raz przejrzałem książkę to nie znalazłem żadnego zdania wartego sflekowania. I żadnego wartego podkreślenia czy wytłuszczenia.

Co w takim razie napisał Young?? Nic szczególnego - to n-ty podręcznik pozytwynego myślenia, który ani nie leczy ani nie zatruwa. "Chata" Younga to kolejne literackie placebo dla tych którym po prostu nie chce się przeczytać Biblii. "Chata" nie jest zupełnie pusta - jest po prostu graciarnią pełną banałów. To zwykła, miałka literatura homeopatyczna - nic więcej.

Każdemu wolno sobie wyobrażać Boga w postaci czarnej kobiety, każdemu wolno pisać przypowiastki luźno odwołujące się do Prawd zawartych w Ewangelii.

Każdemu też wolno takie rzeczy czytać - tylko po co?


 
1 , 2
Zakładki:
Bywam
Poczytuję
Podglądam
Samoróbki
Słucham
Varia




eXTReMe Tracker


statystyka