Kategorie: Wszystkie | Dźwiękowo | Filmowo | Książkowo | Myślotok | Notes | Politycznie | Varia
RSS
piątek, 24 lutego 2012
Czy powroty zza światów są możliwe?


01:11, robertlotse , Myślotok
Link Komentarze (7) »
piątek, 02 lipca 2010
Mam to szczęście, że obserwuję "życie w czasach kampanii wyborczej" z lekkiego półdystansu.

Moje dodatkowe szczęście polega na tym, że nie jestem wziętym etatowym komentatorem, wziętym etatowym publicystą ani wziętym etatowym socjologiem, który żeby zarobić na chleb musi spłodzić jakiś komentarz. Mogę prywatnie i na luziku wydurniać się na blogu dla kilku osób...

Czytając niektóre komentarze i słuchając w jakim tonie wypowiadanie są śmiałe tezy jedynie lekko otwieram oczy ze zdumienia, ale cytując zaprzyjaźnionego Doktora mogę powiedzieć kolokwialnie, że w zasadzie mnie to wali po cycu.

Czytam czołówkę dzisiejszej "Wyborczej" na której Jarosław Kurski umieścił swój & gazety "Manifest". Pierwsze co wali po gałach to nieskrywana niechęć wyrażona już w tytule Dlaczego nie Kaczyński.

Być może tytuł Dlaczego Komorowski? okazał się zbyt mało persfazyjny, albo teza zawarta w pytaniu okazała się zbyt trudna do udowodnienia.

Argument bo lepszy ojciec piątki dzieci niż hodowca zwierząt futerkowych już raz został użyty i nawet część "salonu" przyjęła go z niesmakiem. Wszak single i kociarze to potężny elektorat...

W "Manifeście" Gazety hipotezy mieszają się ze wspomnieniami, a insynuacje przeplatają z bredniami. Cytując za Kurskim:
To państwo nihilizmu, gdzie możliwa jest każda amoralna koalicja, kiedyś z Lepperem i Giertychem, dziś z Napieralskim i Czarzastym - byle niszczyć politycznych konkurentów i położyć łapę na publicznej telewizji.
Przedsmak takiego państwa czuć w wulgarnej propagandzie TVPiS, gdzie wolni od etycznych hamulców "pryszczaci nowej generacji" doskonalą zapomniane rzemiosło propagandy PRL.


Najlepsi ci pryszczaci nowej generacji - tylko o kim tu mowa?



Dalej jest mniej więcej w ten sam deseń czyli "grozi nam recydywa IV RP" a przeciwnicy PiS to "mali i marni ludzie".
Tylko zaraz, zaraz... ktoś już używał epitetu mały człowiek w stosunku do przeciwnika...




Jak z tego wynika w świecie Jarosława Kurskiego takie barwne postacie jak Palikot, Niesiołowski i Kutz nie istnieją.

W tym dziwnym świecie redaktora Kurskiego prezydent to państwo gdzie religia staje się jakąś ideologią, a nihilizm umożliwia amoralne koalicje...

Cóż za brak wiary w demokrację panie redaktorze ;). Cóż za wiara w siły sprawcze, złe moce i ciemnogród...

Zabawne, ale Kurskiemu ani jednym słowem nie udało się mnie przekonać dlaczego Komorowski, a nie Kaczyński.

No to w spokoju jadę na wakacje...


piątek, 25 czerwca 2010
Szliśmy powoli do domu cudnego, by jeść winogrona w sposób arcyśmiały. Z majteczek, z ust do ust i ust. Z rąk dziecinnych tak małych


Kora: Ksiądz mieszkał w domu, który do dziś stoi w Krakowie i pokazuję go wszystkim znajomym. Tuż przy kościele św. Szczepana. W piosence śpiewam o kościele pod innym wezwaniem, ale tylko dlatego, że imię Szczepan było za długie i źle się rymowało. Zresztą nazwa jest bez znaczenia. Dom księdza był cały obrośnięty winoroślą. Rodziła pyszne, słodkie winogrona.

W moim dzieciństwie winogrona były czymś, co znałam z rysunków, tak jak dziecko mieszkające na Syberii zna krowę. Ksiądz zaprosił mnie na swoje winogrona. Całkiem możliwe, że nie mnie jedyną...

Tyle sama Kora o swojej najnowszej piosence. Debile na fejsbuku komentują próbując bawić się w Freuda:
Nowa moda jakaś? To już nie wystarcza (żeby utrzymać się w celebrze) - przyznać się do swojego (często rzekomego) homo, wymyślać przygody z prochami? A może... to po prostu niespełnione marzenia artystki, hm?

Teledysk, trzeba przyznać, zgrabnie i inteligentnie zrobiony, przejmująca w swojej grozie scenka z nocnymi koszmarami dziecka. Tylko - po co? Co się w głowach dzieje, gdy talentu zaczyna brakować?


Choć już trochę żyję i dużo widziałem to nadal dziwi mnie czasem jak to się dzieje, że jednym pytaniem tylko po co? człowiek potrafi zrzucić przywdziewaną maskę i pokazać prawdziwą twarz zakompleksionego, zawistnego i zazdrosnego nadwiślańskiego gnoma...
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Gratuluję "Gazecie Wyborczej" sondażu jaki opublikowała na 48 godzin przed wyborami. Podobno błąd pomiaru wynosił 3%...

Nie wdając się w niuanse statystyczne można tylko powiedzieć, że jakakolwiek prognoza, której wynik różni się o 25% od rzeczywistego rezultatu głosowania jest kompromitująca i nadaje się po prostu do d...

Biorąc pod uwagę, że różne technologie badań fokusowych i marketingowych rozwinęły się w ostatnich latach niemal do wymiaru kosmicznego taki "sondaż" publikowany na dwa dni przed wyborami jest dowodem, że ktoś tu kogoś próbuje wkręcać. Kto i w jakim celu pozostaje kwestią otwartą.

Zastanawiać się tylko można jak to się stało, że największy krajowy dziennik opublikował najgorszy sondaż wyborczy, opatrując go sugestiami, że warto iść za jego za jego sugestiami aby zacząć wakacje.

Czy to tylko niekompetentni statystycy czy może oficerowie Wojskowych Służb Informacyjnych pracujący na niejawnych etatach jako psychologowie społeczni w różnych instytucjach "badania opinii publicznej pichcą takie prognozy wyborcze?
niedziela, 13 czerwca 2010
Zacznę może od tego, że przez ostatnie dwa tygodnie miałem okazję zapylać z taczkami na budowie. Ot, taka tam drobna samopomoc sąsiedzka na scenie której głównymi elementami scenografii są pustaki, betoniara, taczki, flaszki i puszki.

A poza tym podobno takie popychanie taczek doskonale wpływa na potencję - można się dzięki temu nieźle rozknurzyć jak to wdzięcznie określiła Żona Głównego Inwestora obserwując jak popychamy te taczki...

Żeby zachować jakieś rozsądne proporcje pomiędzy wysiłkiem fizycznym, a umysłowym wziąłem na plac budowy prasę kobiecą i kilka książek. Wśród tych ostatnich znalazła się ostatnio wydana w Polsce powieść Daniela Silvy "Reguły Moskwy".



Nie znacie jego wcześniejszych powieści? Nie jest to Wasz kolejny błąd życiowy. Daniel Silva to autor jakich wielu, po prostu jeden z grona pisarzy których powieści pączkują w księgarniach na półkach z etykietą 'sensacja'.

Bohaterem większości powieści Silvy jest Gabriel Allon - konserwator zabytków, miłośnik Belliniego, Tycjana i Caravaggia. Ale w zasadzie to tylko taka przykrywka, bo zawodowo Gabriel Allon zajmuje się zabijaniem ludzi. Ludzi złych, a wrogów państwa Izrael w szczególności.

Początkiem "kariery" Allona był udział w akcji odwetowej na zamachowcach organizacji Czarny Wrzesień odpowiedzialnych za masakrę podczas igrzysk olimpijskich w Monachium w 1972 roku. To oczywiście taka powieściowa licentia poetica autora, który stara się nadać zdarzeniom dużą dozę realizmu.

Tak jest też w przypadku "Reguły Moskwy" - spora część napisanej w 2008 roku powieści rozgrywa się w Rosji. Jest więc bogaty oligarcha prowadzący swoje interesy pod łaskawym okiem zbirów na Kremlu, są skrytobójcze zamachy na dziennikarzy stojących w opozycji do władców Kremla. Miejscem powieściowej akcji są też oczywiście ekskluzywne kurorty na francuskiej riwierze gdzie hucznie bawią się nowi Ruscy. Jak by tego wszystkiego było mało są jeszcze tarcia i rozgrywki między Mossadem, MI5 i CIA.

Teraz już chyba macie jako takie pojęcie na temat tego co może dziać się w takiej powieści, skoro superagent Gabriel Allon to po prostu jedna z kolejnych inkarnacji mitu Jamesa Bonda.

Główna różnica tkwi w tym, że Allon poświęca się często malowaniu, a nie drogim trunkom i zabójczym gadżetom. W tym przypadku bierze na warsztat obraz Marry Cassatt, amerykańskiej impresjonistki z przełomu XIX i XX wieku. Jeden jej obrazów odgrywa w powieści rolę przynęty na jaką tajne służby chcą "złapać" żonę rosyjskiego handlarza bronią. Pierwowzorem tej przynęty jest autentyczne dzieło Mary Cassatt:

Dzieci bawiące się na plaży (1884)




Czy to się uda i co z tego wyniknie - to już przeczytajcie sobie sami. Powieść Silvy napisana jest gładko i sprawnie, nie ma tu piętrowych intryg - ot, klasyka gatunku. Jest kilka drobnych niedociągnięć - brak w tej powieści jakiegoś szczególnego napięcia, nie odczułem nigdzie tego dreszczu, który kazałby mi szybko przerzucić stronę pytając i co?, i co??. Jak na powieść z półki "sensacja" jest to nawet spory minus.

Z tonu tej recenzyjki możecie już chyba wyczuć, że jeśli chcecie zachować równowagę między wysiłkiem intelektualnym, a pchaniem taczek w trzydziestostopniowym upale to powieść "Reguły Moskwy" nie będzie złym wyborem. Nie można się w tej powieści zaczytać bez pamięci, dzięki czemu w lekkością można się znów rzucić do taczek i wzorowo rozknurzyć w promieniach wiosennego słonka ;)
czwartek, 20 maja 2010
Już pisząc o salonowej hecy związanej z paleniem zniczy 9 maja miałem wpleść wątek książki "Opowieść o końcu śwuiata" ale doszedłem do wniosku, że jednak nie warto bo zbyt wiele fajnych rzeczy umknie i przepadnie.

Z kolei długie gapienie się na zjawiskowe pinie odmalowane przez Trusza spowodowało pewne zagapienie, więc pora nadrobić zaległości.

Mam w rękach książkę, której pełny tytuł brzmi "Franciszka Starowieyskiego opowieść o końcu świata - pisała Krystyna Uniechowska", wydaną w 1994 roku.



Cudowna to opowiastka - nostalgiczna, melancholijna i niestety zasmucająca. Starowieyski opowiada tu świecie swojego dzieciństwa i dorastania, który na jego oczach został bezpowrotnie zniszczony.

Używając pięknego, zabytkowego języka artysta opisuje nastroje odchodzących bezpowrotnie czasów. Tych czasów kiedy dom przed zimą należało ogacić, a najlepiej do ogacania nadawały się liście dębowe. W tym celu wokół całego dworu wbijano na wysokość metra liczne paliki, a przestrzeń miedzy nimi a ścianą upychano liśćmi tworząc 'liściastą kołdrę'.

Niestety, jak to w życiu bywa - często od przypadkowo zaprószonego ognia wybuchał pożar. I ta paliły się całe dwory razem z rodowymi pamiątkami i całą swoją historią. Radziło się, gaciło się, spaliło się - podsumowuje Starowieyski.

Swoje dorastanie w rodzinnym dworze w Siedliskach postrzega jako życie w starannie poukładanym i posegregowanym świecie, gdzie nad całym porządkiem pieczę sprawował majordomus, a wypielęgnowany klomb przed dworem był rzeczą niemal świętą.

To właśnie w tym świecie, a ściślej w jakiejś komórce pod schodami panicz Franciszek po raz pierwszy zetknął się ze sztuką. Odkrył pierwsze swoje zafascynowanie twórczością Felicjana Ropsa, belgijskiego malarza, grafika, obrazoburcy i pornografa.

Félicien Rops - Pornokrates (1878)




Wyobrażacie sobie chyba, cóż to musiało być za wydarzenie w życiu panicza, gdy w jego ręce wpadł album z rysunkami Ropsa ;) I to album unikatowy, wydany najdroższą i najdoskonalszą techniką drukarską jaką jest heliograwiura.

Félicien Rops - Le Mannequin




Oczywiście są też w tej książce inne barwne wątki, jak ten dotyczący zainteresowań techniczno-saperskich dorastającego Franka. Jedną z jego najcenniejszych "zdobyczy wojennych" był bowiem przewodnik po minach, nabojach i pociskach używanych przez różne armie. Możecie się tylko domyślać, że w rękach uzdolnionego manualnie nastolatka taka książka to wspaniały podręcznik sapera-eksperymentatora ;)

I tak toczy się ta opowieść w której sielski krajobraz jak z pejzaży Trusza, zostaje przeorany przez wojskowe tabory i zmieniające się linie frontu. Przeorana zostaje także ludzka psychika. Cudowne przedmioty ocalone przed żołdacką grabieżą zostają często sprzedane przez biedniejących z dnia na dzień arystokratów.

Starowieyski wspomina jeden z symbolicznych momentów, gdy na wypielęgnowany i święty klomb przed rodzinnym dworem wjeżdża tabor sowieckiej armii prącej na zachód za Niemcem. Rodzinna świętość zostaje dosłownie zdeptana buciorami politruków, którzy przywożą ze sobą "nowy porządek" - ten cały cholerny bolszewizm.

Kończę, bo nie chcę nikomu odbierać przyjemności czytania, o ile w antykwariacie czy bibliotece uda Wam się znaleźć tą skromną książeczkę - gorąco polecam!

+ Wirtualne muzeum MuseeRops.be Felicjana Ropsa
+ Zbiór grafik z tagiem "Rops" w zbiorach Wikimedii
niedziela, 16 maja 2010
Łomamo... ale się porypało...

Jestem sobie na tej swojej emigracji wewnętrznej. Słucham Tindersticks, i gapię się na piękny pejzażyk Iwana Trusza - oryginał, olej na tekturze, który postawiłem na stole obok puszki "Harnasia". Niestety z tej parki tylko piwko jest moją własnością...

Iwan Trusz - Pinie (1938), olej na tekturze, kolekcja prywatna




Od czasu do czasu, jakby z innej czasoprzestrzeni docierają do mnie różne dziwne bodźce...

to jest wojna domowa, to jest wojna o wszystko... nazbyt często charyzmę mają psychopaci... to jest człowiek, który ma doświadczenie w hodowli zwierząt futerkowych, nie ma doświadczenia w byciu ojcem czegokolwiek i czyimkolwiek...

O kurcze... czyżbym się aż tak naprał jednym piwkiem, że takie głosy słyszę? No to nieźle...

Ale nie, to jednak nie piwko. Przedstawiciele tego komitetu, zwanego chyba dla żartu "honorowym" całkiem na trzeźwo gadają o przyjaciołach z TVN, psychopatach i zwierzętach futerkowych.

Jeszcze dwa tygodnie temu z tej samej strony słyszałem, że "chcemy merytorycznej debaty". Czyżby to była ona?

Reżyser "Kanału" ogłosił kolejną wojnę - już nawet nie na górze ale o wszystko... Bartoszewski, aż nazbyt często ale nie wiadomo czemu zwany "profesorem" wciela się w tego Palikota, który umarł wraz Lechem Kaczyńskim...

- Ludzie litości... czy jest na sali jakiś lekarz?
- Bogdan Klich jest psychiatrą - odpowiedział z puszki harnaś


Marszałkowi Komorowskiemu gratuluję nowego szalika...
sobota, 15 maja 2010
Przynajmniej jeśli chodzi o obrazki to Google bywa głupi jak but.

Jakbym sobie zdjęć nie otagował, to on i tak wie swoje i rozpowszechnia głupoty. Razu pewnego popełniłem wpis 'pieski dwa' gdzie na fotkach uroczo pozują dwa owczarki węgierskie, jak potem wynikło z komentarzy przypominające mopy.

Przed momentem ze zdziwieniem zauważyłem, że jakiegoś Miłego Gościa (chyba z Bytomia zresztą ;) przygnało na mój blog z googla, do którego to googla wrzucił hasło "psy wyglądające jak mopy". No i dobrze, tak powinno być...

Tylko czemu w serwisie Images.Google.com te "moje mopy" podpisane są jako pochodzące z archiwum Agnieszki Osieckiej ????

dwa owczarki węgierskie, których zdjęcie omyłkowo zaklasyfikowane zostało przez Google'a jako pochodzące z archiwum Agnieszki Osieckiej ;)



21:45, robertlotse , Notes
Link Komentarze (6) »
piątek, 14 maja 2010
No wreszcie!
Nareszcie doczekałem się jakiejś rzeczowej, merytorycznej opinii ze strony "facetów PO".

Oto bowiem "drugi po Niesiołowskim", czyli Kazimierz Kutz - znany i szanowany "facet PO", w najlepszym czasie antenowym przedstawił kilka fachowych uwag tak oto napominając Elżbietę Jakubiak:

To są maniery Mao Tse-Tunga - kandydat na prezydenta w czerniach, pani też cały czas w żałobie. Ja myślałem, że jestem w mauzoleum Lenina. To co robi teraz PiS, to czarna propaganda. Robi się z tego czarna komedia. W ten sposób się nie da wygrać w wyborach

Straszne musi być życie sztabowca w trakcie przyspieszonej kampanii wyborczej. Czego byś nie wymyślił to będzie źle albo jeszcze gorzej. Rozdasz kartki z parą prezydencką w tonacji noir - bezczelnie zawłaszczasz żałobę. Postawisz w tle kandydata jakieś pianinko - tragedia. Ubierzesz się na czarno - robisz z siebie Mao Tse-Tunga.

No dobra - przyjmijmy, że jestem w stanie zaakceptować ten niesmak na widok czerni u faceta, który twierdzi, że "trzeba mieć takie dobre piórko w dupie". Tyle, że jeszcze miesiąc temu ten sam Kazimierz Kutz napominał maluczkich: rozmiar tragedii jest tak wielki, że wszyscy powinniśmy wziąć prawdziwą lekcję, której tak często brakuje, jeśli chodzi o obyczaje, [...] żeby godnie przeżyć tę traumę

No i mamy te prawdziwe lekcje, których tak często brakuje, jeśli chodzi o obyczaje...

W innym miejscu tego dyskursu Kutz zarzucał Jakubiak: "To są truizmy. Pani cały czas mówi hasłami, nic nie usłyszałem co proponujecie społeczeństwu". Tak też oczywiście można, ale wejdźmy na blog trzeciego harcownika PO, tego speca od małpek i penisów. A tutaj mamy taki cymesik z dnia wczorajszego:

Bronisław Komorowski jako przyszły prezydent będzie gwarantem postępu cywilizacyjnego Polski. Najnowocześniejszego projektu w polskiej, powojennej polityce. Projektu, który może zakorzenić Polskę w zachodnioeuropejskiej jakości życia.

I bądź tu Polaku mądry i rozróżnij te dobre truizmy od tych złych.

Rząd Donalda Tuska istnieje już 30 miesięcy. Ile zmieniło się przez ten czas? Jakie to zaszły ważne zdarzenia na drodze tego naszego postępu cywilizacyjnego?

Owszem, może jednemu Sobiesiakowi załatwiacz Rosół pomógł w sfinalizowaniu budowy wyciągu w Zieleńcu - pamiętacie "my załatwiliśmy ci wycinkę, ale śniegu ci nie załatwimy" ?
Ale gdzie cała reszta galopujących zmian cywilizacyjnych ?

Inny przykład: chyba tylko dzięki presji kilku środowisk naukowych oraz związanych z Internetem, udało się pohamować zapędy rządu Tuska aby na mocy ustawy wprowadzić narzędzia prawne pozwalające różnym służbom filtrować treści obecne w Sieci. Mielibyśmy wtedy Internet na wzór chiński. Jeśli ktoś nie słyszał o tej sprawie - odsyłam do strony Goohle.pl.

Aż strach się bać tego najnowocześniejszego projektu, gdy już cała władza trafi w ręce wsi...

Bronisław Komorowski - kandydat wsi - Wybory 2010


poniedziałek, 10 maja 2010
W poprzednim wpisie zawarłem swoją uwagę na temat pewnej pomroczności jaka rozwija się w kręgach publicystycznych i tych chórkach głosików jakie odzywają się po różnych salonikach polemizując, przedrzeźniając i mądrze prawiąc.

Teraz taki maluchny corpusik delicti ukazujący jak to dwaj dżentelmeni z pierwszej ligi publicystów, poklepując się po pleckach w 24 godziny są w stanie "przyprawić gębę" jednej pani.

Sprawa zaczyna się banalnie - od czterech zdań (dosłownie!) jakie śmiała napisać pani profesor Jadwiga Staniszkis w krótkim komentarzu dla Wirtualnej Polski.

Staniszkis napisała:

Powrót "Gazety Wyborczej" do konfrontacyjnej strategii i jątrzenia w sprawie pogrzebu prezydenta na Wawelu ma na celu sprowokowanie Jarosława Kaczyńskiego. Chodzi o wepchnięcie go w polaryzującą retorykę w stylu Jana Pospieszalskiego, co gwarantuje przegraną PiS.

i dalej:

Gdybym chciała grać tak samo brutalnie jak "GW" mogłabym zapytać, czy zdają sobie sprawę, że w dokumentach katyńskich są też zapewne nazwiska polskich komunistów z Wilna i Lwowa, którzy służyli jako tłumacze i - w pewnym sensie - selekcjonerzy przyszłych ofiar (chodzi o wypełniane przez nich "ankiety").
Wielu z tych ludzi było potem dygnitarzami w PRL. A także ojcami, teściami i przyjaciółmi rodziny.
Więc nie zaczynajmy znów wojny na trumny, bo może się okazać obosieczna!


Można słowa Staniszkis rozumieć 'na zimno' jako zwrócenie uwagi na jakieś zdarzenie z historii - owszem, jak na razie nie do końca udowodnione historycznie, a może nawet i niedowodliwe. Nie ma w tych słowach cienia personalnego ataku na kogokolwiek, jest ledwie sugestia dotycząca jakiegoś kręgu osób, pewnie już mocno zdziesiątkowanego przez biologię. Dalej Staniszkis pisze już tylko o obecnej kampanii i szansach kandydata z 3 procentowym sondażowym poparciem.

Ale można te słowa wziąć i 'na gorąco' - biorąc je personalnie do siebie o dopisując od siebie dodatkowy kontekst.

Seweryn Blumsztajn postanowił pójść tą właśnie drogą i wysmażył smaczny tekścik w sobotniej "Wyborczej"

Już tytuł tekściku ma przyciągnąć oko wiernego czytelnika: Profesor Staniszkis grozi "Wyborczej" wojną na trumny.

Dalej jest już tylko smaczniej i "logiczniej", bo Blumsztajn bez problemu wyczytuje z jednego tylko zdania oskarżnie "naszych przodków o mordowanie w Katyniu". Nie wiem tylko czy chodzi o przodków wszystkich Polaków en bloc czy o przodków redaktorów "Wyborczej". Biega chyba o to drugie, bo dalej Blumsztajn pięknie pisze o swoim dziadku:

"Otóż dziadek mój handlował przed wojną artykułami sanitarnymi w Radomsku. W Katyniu go nie było, pojechał do Treblinki. Chodził w chałacie, więc gdyby w latach 30. wybrał się do Warszawy na Krakowskie Przedmieście, to mógłby dostać po mordzie od tatusia Jadwigi, który wtedy z kolegami z ONR Falanga polował na Żydów."

a dalej o swoim tatusiu:

"Melduję również, że mój ojciec też nie pomagał mordować polskich oficerów w Katyniu. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie do getta ławkowego zaganiali go koledzy tatusia pani profesor Staniszkis. Wojnę przeżył rzeczywiście w Związku Radzieckim, ale na Uralu. Nigdy nie był dygnitarzem w PRL."

No wypisz, wymaluj - redaktor Seweryn Blumsztajn w Radiu Erewań.

Przypomnę, że profesor Staniszkis napisała tylko o nazwiskach polskich komunistów z Wilna i Lwowa, którzy służyli jako tłumacze i - w pewnym sensie - selekcjonerzy przyszłych ofiar.

Ale w Radiu Erewań nadredaktor Blumsztajn błyskawiczną myślą przenosi nas z Wilna i Lwowa do Radomska, Warszawy i na Ural - i po dżentelmeńsku flekuje Jadwigę z domniemaną przeszłość jej tatusia.

Z wywodu nadredaktora Blumsztajna prawie jasno bowiem wynika, że polscy komuniści z Wilna i Lwowa to jego dziadek z Radomska i ojciec studiujący w Krakowie. Na dodatek dowiadujemy się, że tatuś Jadwigi na bank dałby po mordzie dziadziusiowi nadredaktora...


Ale to nie wszystko. Od czego są bowiem koledzy - tym razem nie z falangi ONR, ale jedno z pierwszych piór "Polityki".

Adam Szostkiewicz w swoim blogu dowala swoje trzy grosze do audycji Radia Erewań na temat tego co napisała profesor Staniszkis. Szostkiewicz rusza z kopytka w sprawie pani Staniszkis:

I nie pisałbym o niej, gdyby nie jej najnowsza wypowiedź na temat polskich Żydów rzekomo kolaborujących z NKWD w zbrodni katyńskiej. Celnie komentuje ją Seweryn Blumsztajn.

I tak oto jedno zdanie o polskich komunistach z Wilna i Lwowa u Szostkiewicza zamienia się w zdanie o polskich Żydach kolaborujących z NKWD.

Jak widać na załączonym przykładzie, nasi dzielni dżentelmeni flekując za tatusia, sami zamieniając lwowskich komunistów w Żydów-kolaborantów, poklepując się po pleckach i 'celnie komentując' przyprawili pani profesor Staniszkis całkiem nową gębę.

Cóż, takie widać to już czasy, że nawet autoryteciki gromko i często nawołujące do kultury dyskursu, zachowania standardów etycznych i obiektywizmu schodzą do kibolskiego poziomu polemiki, że tak ten przypadek nazwę.

Gratuluję profesjonalizmu panowie...
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zakładki:
Bywam
Poczytuję
Podglądam
Samoróbki
Słucham
Varia




eXTReMe Tracker


statystyka